Hm, zostawili mnie jak zwykle w poniedziałek. Musiałem ciągle spać, przerywając tę ciężką pracę chwilą na picie i zabawę. Na szczęście dziś Borowscy poza moim ulubiony szponem orła zostawili mi kości wołowe. Tak więc oprócz smacznej przekąski miałem zajęcie na jakieś 5 minut, czyli nawet nie zauważyłem. kiedy wyszli. Potem było już gorzej, bo jak tu zorganizować sobie 300000 godzin bez jedzenia? Długo wyczekiwany Pan w końcu wrócił i od razu trzeba było wykonać misję. Wygrzebał coś z lodówki i zanieśliśmy to do Pani, która jak dobrze wiecie była w pracy. Po ciężkich bojach dotarliśmy na miejsce. Trwało to dość długo, bo przecież po drodze było tyle zapachów, odgłosów i trzeba było sobie robić małe przerwy nie tylko na wypoczynek ale i na zostawianie pamiątek. Doszliśmy na miejsce przywitaliśmy się z Panią, trochę z nią chodziliśmy, a wszystko to, by się z nią pożegnać, odwrócić na pięcie i odejść. Ledwo dałem radę, ledwo byłem w stanie. Ja chciałem z nią zostać. Na pocieszenie poszliśmy do sklepu, ja czekałem, a Pan kupił pysznie pachnące pieczywko i w dodatku upadł mu kawałek batonika, oczywiście przez przypadek i nim się zorientował, ja już oblizywałem mordkę ze smakiem po połknięciu rzeczonego kawałeczek.
poniedziałek, 31 marca 2014
niedziela, 30 marca 2014
Przeniesiony w czasie
Zgadnijcie kto dziś przeszedł ponad 5 kilometrów na własnych nóżkach, w takim wielki upale mogąc ochłodzić się jedynie wodą i kilkoma kęsami lodów śmietankowych? Nie myślcie, że mówię o jakimś maratończyku. To byłem JA. Spacerek się rozpoczął w godzinach popołudniowych, wtedy kiedy słońce grzało najbardziej i było chyba ze 400000 stopni w cieniu. Na szczęście spacerowaliśmy głównie w słońcu. Cała nasza trójka ruszyła dziarsko przed siebie. No mówię Wam przeszliśmy chyba cały świat. Dziarsko wędrowałem po lasach i łąkach, dobrze wiedziałem, że po ostatniej wizycie u Weta żaden kleszczy mi nie straszny.
Najpierw poganiałem po łące za pysznymi patyczkami
sobota, 29 marca 2014
Ten kto sprząta, żyje krócej
Poranek dzisiejszego dnia był bardzo dziwny. Po pierwsze wstali dość późno, mimo iż ja musiałem wyjść wcześniej, więc sprezentowałem im mokrą niespodziankę. Potem zamiast wyjść, po prostu zjedli śniadanie i mi też nasypali. No więc dostali niespodziankę numer dwa. Potem było jeszcze dziwniej. Na spacer wyszliśmy całą trójką. Szliśmy sobie spokojnie w kierunku pracy Pani. I tu cały piękny dzień się skończył. Gdy tylko minęliśmy bramę, Pani się pożegnała z nami i zniknęła za drzwiami biura. Ja byłem bardzo smutny i chciałem ją stamtąd wyciągnąć, ale smycz była za mocna i musiałem dokonać odwrotu. Dziarskim krokiem wróciliśmy do domku i tam się zaczęło. Pan skończył naprawiać krzesełka, które na moje oko w ogóle nie wydawały się zepsute. Tak, mogę powiedzieć, że nie zostały nadgryzione zębem czasu - jeszcze. No nic, ponieważ w użyciu była wiertarka, ja postanowiłem obserwować te czynności z dystansu. Oczywiście obserwowałem aktywnie, nie omieszkując głośno komentować: gdzie wiercisz, czemu pod takim kątem?
sprzątam!
piątek, 28 marca 2014
Mój pierwszy raz
Witam serdecznie moi drodzy czytelnicy, dzisiaj naprawdę krótko i na temat. Po pierwsze dziś bardzo długo byłem sam w domku, bo Pan postanowił pojechać do Bojkowa beze mnie. Mam nadzieję, że nie grzebali w aucie bez moje asysty, bo pewnie by jeszcze coś popsuli :). Zamiast doglądać, to trenowałem spanie w 10000000 i jednej pozycji. No ale gdy już wrócili, to wszyscy na raz. Od razu poszedłem na spacerek z Panem, który zaniepokoił się moim czółkiem. Ech, przecież nic się nie dzieje, zważywszy, że nic nie widzę. Koniec końców po powrocie do domku Borowscy oznajmili, że to jest kleszcz. Tak więc moi kochanie ogłaszam wszem i wobec - Dziś miałem pierwszego kleszcza. Państwo jeszcze mnie przejrzeli i Pani oznajmiła - jedź do weta i załatw wszystko. Tak więc z Panem się zebraliśmy do autka i w drogę.
U weterynarza czas oczekiwania umiliła mi miła kobieta, która zachwycała się mną i z lubością słuchała Pana jak opowiadał o Furiacie. Koniec końców wszedłem do gabinetu. Wet wiedział kim jestem, ale nie poznał mnie. Od razu wylądowałem na stole operacyjnym i do dzieła chwila siłowania, przekąska i wydziabanie kleszcza. Jak zobaczyłem co było przyklejone do mojego czółka to mało nie zemdlałem na miejscu - zrobiło mi się ciemno przed oczami, na szczęście na rękach Weta znalazłem śmieszne rękawiczki. Ciągnąłem je i jak puszczałem to strzelały. No po porostu ubaw po paszki. Potem zostałem nasmarowany jakimś mazidłem po kręgosłupie. Dodatkowo został oceniony stan mojego uzębienia - już mam wszystkie ząbki stałe. Ponadto Wet zachwycony był moją posturą, co potwierdza moja waga - to piekielne urządzenie wskazało 20 kilogramów i 200 gram. Pan opłacił rachuneczek i opuściliśmy bardzo miłego Weta.
czwartek, 27 marca 2014
Joystick
Liczyłem, że dzisiejszy dzień przyniesie coś ciekawego, coś więcej niż zwykle. Długie godziny samotności przecież musiały być ciszą przed burzą. Słyszę domofon, ale na otwieranie drzwi czekam bardzo, bardzo długo. W końcu jest i w drzwiach staje Pan z workiem ziemniaków, bardzo fascynującym workiem ziemniaków. Wywnioskowałem, że ten długi czas między domofonem, a otwarciem drzwi, wynikał z wizyty w piwnicy. Ech, nie ważne gdzie był, ważne, że jest i możemy iść na spacer. Pan wprowadził nową zasadę, jak wychodzę na dworek to powinienem zasiąść na wycieraczce przed drzwiami, gdzie zakładana jest mi obroża. Tak sobie kalkuluję, że to dość fajny pomysł. Może jak będę tam siadał to będzie oznaczać, że powinni ze mną wyjść - e, to takie moje spiskowe teorie pewnie!
Na spacerku się wybiegałem, spotkałem parę piesków, a co najważniejsze odwiedziliśmy łączkę, a na niej był wielki patyczek. Od razu go wywąchałem, z daleka już wiedziałem gdzie iść!
no choć, tam jest patyczek!
środa, 26 marca 2014
Do siebie
Rano jak to rano. Do wstania nakłonił mnie Pan, a ja poszedłem budzić Panią. Spacerek jak każdy poranny był krótki, ale bardzo owocny. Śpieszyło mi się do domku, bo przecież tam czekało na mnie śniadanko. Nie myliłem się. Wszamałem je niczym błyskawica i mogłem iść się prosić o jakiś skraweczek z ich stołu, co niestety się nie udało. Pomagałem Borowskim w przygotowaniach do wyjścia, bo już od samego rana wiedziałem, że wychodzą zostawiając mnie na pastwę okrucieństwa i obcych. Zamknęli drzwi za sobą zostawiając mi szpona orła, żółtego szpona orła. Zostałem sam!
dobrze już idźcie, przecież wiem, że zostanę sam
wtorek, 25 marca 2014
Dzień 108 uczenia jak pieskiem być
Co jak co, ale noc przespałem jak miś przesypia zimę. Spałem jak zabity i nawet poranna zrywka Pani do telefonu mnie nie ruszyła, nawet Pan musiał mnie przekonywać bym wyszedł na dwór. Cały poranek nie wstałem z legowiska swojego ani razu, a zmuszony do spaceru nie byłem zadowolony i od razu po powrocie rozłożyłem się w swoim wyrku, oczywiście wcześniej pałaszując śniadanko. Mijały godzinki ja dalej nie mogłem się nadziwić i nacieszyć, że jestem w domku i mogę spokojnie spać u siebie, obserwując moich Borowskich. Właśnie sobie coś uświadomiłem, skoro ja jestem w Ich rodzince, to ja chyba też jestem Borowski, Furiat Borowski - śmieszne.
Rozległ się nagle dźwięk domofonu i po chwili Pan przynosi małą paczuszkę, która okazała się być dla mnie. To była wielka szara mata - ciekawe po co mi to?!
W końcu zaczęliśmy się zbierać
Rozległ się nagle dźwięk domofonu i po chwili Pan przynosi małą paczuszkę, która okazała się być dla mnie. To była wielka szara mata - ciekawe po co mi to?!
W końcu zaczęliśmy się zbierać
ja tak się uśmiechałem na samą myśl o wspólnym wyjściu
Subskrybuj:
Posty (Atom)