Pierwszy dzień tygodnia jak zwykle jest najcięższym dniem. Muszę się przyzwyczaić, że Borowscy po weekendzie spędzonym ze mną wychodzą z samego rana. Boli mnie to trochę, ale w zamian mam spokój i mogę robić to, co żywnie mi się podoba, czyli spać, smacznie spać, czasami bawiąc się kosteczką, lub inną zabawką. Koniec końców odpocząłem, ale byłem smutny. Takie sytuacje budzą we mnie (uwaga trudne słowo) ambiwalentne uczucia.
Koniec końców Pan wrócił i bez zbędnej zwłoki wyszliśmy na spacerek. Szybko zrobiłem to, co powinienem i ziewałem licząc, że szybko wrócimy do domku. No i się przeliczyłem, bo podreptaliśmy na spacer dalej przed siebie. Było to bardzo długie doświadczenie. Poszliśmy w zupełnie nowe dla mnie miejsca i choć nie były one wyjątkowo daleko, to jęzor wylądował niemal po kilku krokach na ziemi, a gdzie tam jeszcze do celu. Na miejscu spotkał mnie taki oto widok:
Próbowałem polować na to, co chodzi po wodzie, ale się nie udało