środa, 4 stycznia 2017

na zakończenie

Poświąteczny wtorek, był dniem bardzo przygnębiającym. Dobrze, że choinka jeszcze stoi i mam nadzieję, że postoi długo. Niby nic się nie zmieniło w porównaniu z dniem poprzednim, ale jakoś taka świadomość pozostaje. Skończyły się. Już nie będziemy jeść wystawnych posiłków przy stoliku. Pozostaje tylko dojadanie resztek. Zresztą muszę powiedzieć, że przez te święta odechciało mi się jeść moich chrupek. Teraz leżą bardzo długo. To pewnie przez to moje podjadanie. Na szczęście Pańcio wie jak temu zaradzić i abym zjadł dorzuca mi na dno miseczki jakiś smaczek w postaci jakiegoś mięska lub szyneczki. W każdym razie z rana jeszcze niem zjadłem poszliśmy na szybki spacerek. Na dworze odniosłem wrażenie, że jest wiosna, bo śniegu nie widać już nigdzie i panowała dość przyjazna temperatura. Jednak poświąteczna chandra przytłumiła chęć mojego spacerowania i po prostu chciałem wrócić do domku.
no dobra już wracajmy

Cały dzionek relaksowałem się, a w zasadzie to leniłem. Krótkie i szybkie spacerki i nic więcej. Naprwdę nudny dzień, a w dodatku Pańcio jakby zapomniał o aparacie i jedynie od czasu do czasu cyknął coś telefonem. Najlepsze w tym dniu było to, że koty potrafiły się dogadać. Jednak bliskość Pańci łagodzi obyczaje. Koty, które zwykle ganiają się, "bawią" oraz nie potrafią wysiedzieć chwili obok siebie, po prostu spały obok siebie jak aniołki. Ten dzień zakończył się świetnie
aniołki

Kolejnego dnia o świcie ruszyłem z Pańiem do Kochłowic do lasu. Słoneczko świeciło, więc nie mogliśmy tego zmarnować. Niewielka ilość motywacji i siły woli sprawiły, że spacerek był przyjemnością. Nie było śniegu - nigdzie i wcale się nie zdziwiłem, bo słoneczko mocno świeciło. Zainteresowałem się niejednym patyczkiem. Z pełnym luzem i ze spokojem spacerowałem na długiej smyczy, relaksując się. Cisza była i spacerowało się bardzo przyjemnie. Nigdzie się nie goniliśmy, miałem czas aby powąchać, poniuchać i odetchnąć świeższym powietrzem. Im dłużej patyczek był z nami w trakcie spacerku, tym stawał się mniejszy. Dochodziło do takich absurdów, że niektóre znikały. Niestety nie mam pojęcia jak to się działo - tak wszystko samoistnie i tyle. Wyspacerowany w końcu wróciłem do LaBuni i do domku, bo przecież najważniejsze w byciu ładnym jest po prostu odpoczynek - dbam o to.
ach ten las

a język mam taki

czuję ciepełko

biorę patyczek i do LaBuni



idziesz?

W domku piękniałem ile się dało. Do popołudnia, bo wtedy człowieki zabrały mnie i pojechały ze mną do Gliwic po Wikę a potem na zakupy po bombki. No powiem tylko, że nie było bombek z bassetami a więc można uznać, że nie było żadnych bombek. Potem człowieki pojechali do kina. Parking pod sklepem był pełen. Ledwo znaleźliśmy jakiejkolwiek miejsce aby nasza LaBunia się zmieściła. Koniec końców ja zostałem w aucie by ją pilnować. W takich dniach lepiej nie ryzykować. Z pilnowania wyszło to co zwykle, zasnąłem. Nagle obudził mnie dźwięk otwierania autka i Pańcio, który się ze mnie śmiał. Poszliśmy razem na spacerek wokół sklepu. Pooglądałem lodowisko i upadających na nim ludzi. Poprzyglądałem się latającemu nad naszymi głowami dronowi. Niestety hałasy i tłumy, mnie spęczyły i wróciliśmy do LaBuni a chwilę później już odbieraliśmy dziewczyny i wróciliśmy do domku. Tam oczywiście wielka radość z pełnej chaty. Koty zainteresowały się Wiką a ja ten moment wykorzystałem.
z daleka jest lepiej

Ja całe zamieszanie i zwolnienie fotela przez Pańcia wykorzystałem rozsiadając się na fotelu. Niemal wtopiłem się w otoczenie i jestem pewien, że nikt mnie nie widział. Zapewne zdradziło mnie moje drapanie w fotel, które przygotowywało mi spanie. To takie instynktowe zachowanie i nic zrobić z tym nie mogę. Ech natury nie oszukasz i szybciutko musiałem zejść. Liczyłem na takie wspaniałe spanie a tym czasem musiałem się zadowolić swoim normalnym legowiskiem.

mnie tu nie ma

Kolejnego dnia z Wiką nie działo się prawie nic. No może oprócz tego, że o poranku, gdy już wszyscy wstaliśmy to Fart zsikał się na kołdrę pod którą spała Wiki. Nie było nerwów, ale była szybka reakcja Pańci i już po chwili kołdra była w pralce. Teorię co do zasikania kołdry są dwie. Pierwsza to zapach Milki, który ma na sobie Wiki. Druga teoria mówi, że to zemsta za nie nasypanie mu jedzenia zaraz po przebudzeniu. Ech niezależnie co było tego przyczyną to dzień musiał toczyć się dalej. Ja szybki spacerek i po powrocie grymaszenie przy śniadaniu. Potem chwila leniuchowania aż w końcu zostawiając koty pojechaliśmy do  dentysty. Znaczy dziewczyny pojechały a ja z Pańciem najpierw spacerowałem a potem bardzo długo czekałem na dziewczyny w aucie. Cała wizyta była bardzo długa i bardzo się wynudziłem.
długo jeszcze?

Do domku wróciliśmy tylko aby coś przekąsić. I nim zdążyłem złapać oddech to byliśmy w drodze do Gliwic by odwieźć Wikę do domku. Jednak to nie było jedyne, co mieliśmy zrobić. Pojechaliśmy jeszcze po nasz idealny domek dla kotów. Niestety nie mogliśmy go postawić u kotów z Kochłowic, więc postanowiliśmy go przekazać Fundacji pomagającej kotom w Gliwicach. Trochę się Pańcio namęczył pakując to do autka i potem trochę błądziliśmy w poszukiwaniu miejsca docelowego, ale się udało. Miła Pani z wielką radością przyjęła nasz prezent. Trochę Pańcio pooglądał kotki, które aktualnie były pod bezpośrednią opieką fundacji. Wielka radość, że ktoś chciał naszą budkę. Ucieszeni wróciliśmy do domku i poszliśmy spać.
W piątek piąteczek, już powolutku szykowaliśmy się na nowy rok. Humory dopisywały bo świeciło wspaniałe słoneczko. Aż chciało się żyć, więc udaliśmy się na poranny spacerek na pobliskie łąki. Czułem, że tego dnia to nie będzie jedyny spacerek. Nim jednak wróciliśmy do domku to porządnie się nawąchałem i trochę pogadałem z kumpelą z osiedla. No i po krótkim, ale pełnym emocji spacerku wróciłem do domku, gdzie zaległem na bardzo długie godziny.
no, ale jeszcze nie wracamy?

Oj długo sobie pospałem i po odpoczywałem. Nawet w między czasie coś tam się posprzątało w mieszkaniu, ale ja nawet nie chciałem w tym przeszkadzać za bardzo. Pomyślałem sobie, po co się ruszać, skoro sprzątać najlepiej będzie odkurzacz a nie ja. W każdym razie gdy słoneczko zachodziło to ponownie udaliśmy się na pobliskie łąki. Oj aura była iście magiczna. Czerwone niebo, lekki przymrozek i biały szron na trawach. No po prostu bajka. Niestety całą przyjemność, ze spacerowania, z rozkoszowania się wieczornym zapachem zniszczyły dochodzące zewsząd wystrzały petard. Od razu się bałem a Pańcio starał się mnie uspokajać miarowym głosem. Trochę pomagało i po chwili znowu chodziłem, znowu spacerowałem. W chwilach opanowania Pańcio nawet mnie puszczał i mogłem sobie pochodzić troszkę dalej. Gdy znowu wybuchała petarda to na chwilkę zamierałem. Po chwili wzrokiem szukałem Pańcia i do niego się kierowałem. Nasz spacer przerwały pojawienie się ciemności. To był wspaniały spacer, wspaniały dzień i już po chwili mogłem siedzieć w domku i delektować się snem.
dramatyczny look

a co tam tak strzelają?

znowu strzały?

Pańcio przyjdź i ratuj!

Nim jeszcze przyszła sobota to odwiedziliśmy Gliwice. Zawędrowałem do mieszkanka z kafelkami, gdzie sobie posiedziałem i odpocząłem i zostałem wygłaskany. Nawet dobiegających zza zamkniętego okna wybuchów petard tak bardzo się nie bałem. Zresztą kto by się bał gdy go tak głaszczą. Trochę zeszło nam z czekaniem na Pańcie, aż załatwi jakieś ważne sprawy u Wiki, ale w końcu wróciliśmy do domku do spania.
o tak głaskaj mnie bardzo

W sobotę po porannym spacerku w pełnym słońcu od razu dowiedziałem się, że będę miał gościa. Tak dokładnie ja będę miał gościa, bo człowieki jadą. Ja nie wiem, że oni zawsze jada jak przyjeżdżają do nas goście. Ech pewnie uważają, że jestem lepszy w te klocki. Pojechaliśmy po chwili wypoczynku po naszego gościa. Pana z fajką, gospodarza mieszkanka z kafelkami. Przyjechaliśmy i po wejściu do domku od razu okazało się, że moje człowieki wychodzą i nas zostawili. Ostatni dzień w roku a oni mnie zostawiają i to z gościem. Bardzo się bałem w trakcie dnia, bo ciągle strzelali i strzelali. Spacery ograniczałem do absolutnego minimum. Jedynie wychodziłem przed klatkę robiłem co musiałem i wracałem do domku. Czasami nawet bałem się wyjść przed klatkę, ale jakoś daliśmy radę. Nawet się nie spodziewałem, że koty tak dobrze to zniosą a ja tak bardzo się bałem. Całe szczęście, że w nocy mogłem spać na fotelu i nikt a nikt tego nie widział. Poszliśmy bardzo późno spać. Niedziela w końcu przyszła a Borowskich jeszcze nie było. Piękna i słoneczna pogoda zachęcała do spaceru, ale ja tylko krótko i szybko spacerowałem, bo ciągle byłem zestresowany. Gdy w końcu w domku popołudniu sobie pospałem to obudził mnie dzwonek domofonu. Ech to były moje człowieki a w zasadzie człowiek. Szybko się zebraliśmy LaBunia w której Pańcia czekała pojechaliśmy do Gliwic. Odwieźliśmy mojego gościa i ciepło pożegnaliśmy a potem pojechaliśmy do Freda, gdzie sobie pojadłem i sobie posiedziałem i odpocząłem przy człowiekach moich. W domku pojawił się nawet Franek i panował taki wspaniały spokój. Pełno ludzi i spokój. W końcu wróciliśmy do domku i w końcu bezpiecznie poszedłem spać. Taki był ten mój ostatni tydzień 2016 roku. W trakcie tego roku wiele się zdarzyło. Byłem w wielu miejscach, sporo przeżyłem, ale ostatecznie zawsze byłem ze swoimi człowiekami. Były chwile ciepłe i miłe jak wakacje i pobyt w Białymstoku, były też smutne, o których lepiej nie mówić. Nasza rodzina się powiększyła o Frata. Ten łobuziak i sikacz przynosi nam wiele radości i bardzo się cieszymy, że jest z nami. LaBunia dzielnie nas woziła, choć często trochę kaprysiła. Coś mam przeczucie, że w nowym roku czeka nas jeszcze więcej emocji! Najbardziej żałuję, że nie udało mi się przejść 1000km, ale to pewnie przez to, że człowiek zapomniał od czasu do czasu włączyć endomondo.
  Do ugryzienia i Szczęśliwego Nowego Roku. Obyście spełniali wszystkie swoje marzenia
i zawsze się uśmiechali.
No i żebyście mieli zawszę trochę czasu by odwiedzić nas na blogu i wszędzie indziej w internecie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz