piątek, 16 grudnia 2016

Płacz za portkami

Poniedziałek zazwyczaj nie może być normalnym dniem. Poniedziałek musi pokazać coś wielkiego. Zawsze musi pojawić się jakaś niespodzianka. Tym razem znaleźliśmy ją pod LaBunią. Ta znowu się rozpłakała. Jakoś tak niespodziewanie to się stało i dla nas wszystkich było to wielkim zaskoczeniem. Miał być wspaniały spacerek a skończyło się na tym, że próbowaliśmy dostać się do tego co się popsuło. Niestety nie mieliśmy odpowiednio długiego klucza i skończyło się tylko na próbach. Niestety, mimo pięknej pogody jedynie się szybko przespacerowaliśmy po najbliższej okolicy.
no i się popsuł samochód
Skończyło się na tym, że z naprawą czekaliśmy na opiekuna Franka. To była jedyna osoba, która mogła nas uratować i postawić na nogi, a raczej koła naszą LaBunie. Tego dnia głównie czekaliśmy na wieczór, bo właśnie wtedy miał zjawić się nasz wybawiciel. Przyjechał i na miejscu był z nami może jakieś dziesięć minut. Bo właśnie tyle czasu potrzeba do naprawy tego wszystkiego jeśli ma się dobry zestaw kluczy i przede wszystkim doświadczenie. Na koniec dnia okazało się, że LaBunia już nie płacze i może wozić nasze pupki. Dobrze, że ten poniedziałek skończył się dobrym akcentem.
Wtorek już skoro świt był dla nas bardzo aktywny. Zawieźliśmy Pańcie wraz z robotem do wyrabiania pierogów do Freda. Tam maszyna ruszyła do pracy a my z Pańciem pojechaliśmy do Bojkowa malować nasz przenośny domek dla kotów. Wszystko było by cacy. Czarny kolor prezentował się wyśmienicie. Wszystko było przygotowane do malowania. Kompresor, pistolet, no po prostu wszystko. Wszystko działało oprócz pistoletu. Ten nie chciał zaciągnąć farby. Mimo wielu prób pozostał niewzruszony a potem jeszcze się połamał spust. No i koniec końców musieliśmy pojechać do sklepu po pędzelek. No trudno, co było robić. Niestety spowodowało to znaczne wydłużenie czasu pracy przy malowaniu i to bardzo, bardzo drastycznie. Dłużyło się nam niemiłosiernie. Pańcio był cały umazany, bo nalewanie malowidła z wąskiej buteleczki było udręka. No, ale efekt był przedni, co prawda były jakieś tam braki, ale w końcu się udało. Było całe pomalowane. Zdjęć nie zrobiliśmy, bo przecież Pańcio był brudny. Jak się umył to w końcu mogliśmy. U Freda chwilę posiedzieliśmy i nawet trochę pomogłem w lepieniu uszek. Zmęczony tym całym wszystkim w końcu wsiadłem do auta i liczyłem, że pojadę do domku. Niestety jeszcze pojechaliśmy, gdzieś daleko. Posiedziałem w aucie i czekałem, ale człowieki wrócili w dużo lepszych humorach niż zostawiali mnie. To bardzo fajnie. W końcu wróciliśmy do domku i mogłem iść spać. W zasadzie to prawie poszedłem bo koty buszowały. Zachowywały się jakby nigdy nic, mimo, że młody z rana znowu się zsikał na pościel. Mimo zmęczenia postanowiłem do nich dołączyć i pociamkałem trochę ukradzioną przez Farta szmatki do podłogi.
złodzieje 

no dobra przekonaliście mnie

Koty jakoś ze sobą tego dnia nie potrafiły się dogadać. Było to widać przede wszystkim w nocy, znaczy tuż po tym jak Borowscy położyli się spać.Wtedy najgłośniej się ze sobą kłócą i wszędzie się ganiają. Najbardziej jednak uwielbiają biegać po łóżku przeszkadzając przy tym wszystkim. niby kładły się spać, ale po chwili biegały i skakały i kręciły się wokół człowieków. Na szczęście w końcu dały sobie spokój i ograniczyły się do gruchania przy głowach ludzi. Zwłaszcza brylował w tym młody, bo ułożył się na poduszkach między człowiekami i nadawał niemal całą noc. Fuksja spała gdzieś w nogach i dopiero jak co rano przyszła do góry aby pocyckać paluszka Pańci.
idą spac?

a jeszcze się pokręcą

a co tam jest

młody przeszkadza

W środowy poranek postanowiłem się udać na poszukiwanie ostatnich płatków śniegu. Wyższe temperatury i deszcz sprawiły, że prawie wszędzie zniknął. Na szczęście w naszej okolicy, na Górze Hugona śniegu było co nie miara. Między drzewami było biało. Nigdzie nie było widać ani kawałka ziemi, czy też trawki. W trakcie naszych spacerów Pańcio skontaktował się telefonicznie z zarządcą "budynku" w którym są kotki. Dowiedzieliśmy się, że na razie możemy posprzątać, a o domku pogadamy później. Jak na razie dobrze i to, a może za jakiś czas przekonamy na nasz domek - w końcu nie od razu Kraków zbudowano. No w sobotę będziemy sprzątać. Tym czasem delektowaliśmy się wspaniałym spacerkiem. Kręciłem się między drzewami i jadłem śnieg. Jakoś tak dużo bardziej wole śnieg niż tą pluchę, bo potem futerko mam suche a przynajmniej czyste. Po wyprawie w śniegu moje podwozie jest nieskazitelnie czyste. Przechadzka po lesie nie była zbyt długa, bo mieliśmy jakieś ważne ważności do załatwienia. Nikt oczywiście nic mi nie zdradzał, ale kto by tam się chciał dowiedzieć - za człowiekami nie trafisz, więc lepiej nawet nie próbować.

ratuj bo się zaplątałem

chwil moment - jem śnieg

no dobra ratuj mnie już

no nie rób zdjęć, ale mnie ratuj

no ktoś idzie a ja tak na uwięzi?

Potem szybki wypad do Gliwic i nawet nie wiem jak szybko mi to zleciało. Wracając zahaczyliśmy o zachód słońca, który był bardzo, ale to bardzo piękny. Postanowiliśmy więc z Pańciem szybko skoczyć nad jeziorko, to które ostatnio znaleźliśmy. W te pędy powędrowaliśmy aby złapać choć trochę tego słońca. Niestety odrobinkę się spóźniliśmy. Cały barwny spektakl przeszedł nam koło nosa. Mimo wszystko rozprostowaliśmy kosteczki i oglądaliśmy jadący pociąg. Po chwili relaksu udaliśmy się do autka i do domku. W końcu mogłem odpocząć.
no już trochę za ciemno - wracajmy

Czwartek powitał nas pięknym słońcem. Postanowiliśmy więc odbić sobie ten zachód słońca z dnia poprzedniego. Pełni energii i zapału chcieliśmy obejść kawałek rzeki i wrócić z drugiej strony. Wszystko szło bardzo dobrze. Spokojnie sobie dreptaliśmy aż do momentu, kiedy przeszliśmy przez wielką rurę. Człowiek przeszedł sprawnie a ja miałem małe problemy i kombinowałem , czy to z góry, czy to z dołu. Pańcio postanowił, więc skupić się robieniu mi zdjęć. Był tak zapatrzony w tym co robił, że całkiem przypadkiem nie zauważył wielkiej dziury, do której wpadł jedną nogą. Na szczęście jemu się nic nie stało, bo kto by mnie do domku zawiózł. Okazało się, że z dalszego spaceru nici bo spodnie pańcia są w strzępach. Rozerwały się niemal całe. Gdybym nie był smutnym psem to roześmiałbym się. W zasadzie to śmiałem się w duchu całą drogę powrotną. Gdyby nie bluza to pewnie Pańcio bardzo by zmarzł. Ostatecznie nasz spacer zakończył się dość szybko i można powiedzieć, że z wielkim finałem. W domku odpoczywałem co jakiś czas słysząc śmiechy człowieków z tego wydarzenia.
jak mam przejść?

nie będę się śmiał z tych popsutych spodni

Tak dzionek mijał nam bardzo spokojnie i już wyglądaliśmy weekendu. Nawet koty się dogadywały. Fuksja dołączyła do leżącego Farta. Na podusi było miejsce oba koty. Zwykle takie zachowania kończą się wojną, ale teraz Fuksja zabrała się za mycie młodego i ten jak nigdy, się nie buntował. Wyglądało, że sprawiało mu to przyjemność. Po całym tym myciu przyszła pora na wspólne spanie. Ten brak wojny był na tyle niecodzienni, że tak postanowiliśmy zakończyć dzień. Do ugryzienia!

mycie

myje uszka

myje główkę

w końcu śpią

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz