niedziela, 11 grudnia 2016

Spacerowo jarmarkowo

Cały poranny spacer w piątek był tylko chwilą i niepotrzebnym obowiązkiem. Był tylko oczekiwaniem na powrót do domku aby skończyć nas zimowy domek dla kotów. Spacerowaliśmy po skałce, ale pogoda była taka, że lepiej nie gadać. Żeby chociaż na ziemi był mięciutki śnieżek. No ale przecież zimna na razie się skończyła i pozostał jedynie zmrożony śnieg - twardy jak skała i ostry jak brzytwa. Myślałem jedynie o szybkim powrocie a więc o tym by kółeczko skończyło się jak najszybciej.
no i gdzie ta zima?
Naprawdę nie wiem jak to jest, że śnieg który leży i twardnieje jak kamień jest czymś najgorszym co obrzydza magię zimy. Gdy myślimy o ziemie to oczami wyobraźni widzimy miękki puszysty śnieg i błękitne niebo wypełnione słoneczkiem. No, niestety jak się okazuje takie widoki są rzadkością. Szkoda, wielka szkoda. Właśnie w taki pochmurny dzień, raczej normalny dla naszej zimy miałem ochotę wracać do ciepłego domku.  

z patyczkiem, czy nie - ten spacer jest do pupy

W domku nie odpoczywałem, w domku wzięliśmy się za budowę. Wraz z postępem budowania domku, moje obawy co do jego dalszego transportowania rosły i to bardzo mocno. Domek wydawał się coraz większy i naprawdę wyglądał na dość solidny. Mam nadzieję, że ja nie będę musiał tego znosić. I Pańcio sam się tym zajmie. No nic poszedłem spać i tylko od czasu do czasu zaglądałem co i jak się dzieje. Zresztą koty podobnie jak jak starały się być dość odległe od tego wszystkiego i leżąc wspólnie na podusi patrzyły co i jak. To było bardzo dziwne, bo one bardzo dawno nie spały blisko siebie. Kto wie może się wszystko zmienia na lepsze?
ja tego znosić nie będę

co tam za dziwne dziwadła się dzieją

Robota szła powoli, bo co chwilę coś się działo. A to trzeba było obiadek ugotować, a to wyjść na spacer, a to po prostu posiedzieć przy Pańci. Wieczorem przy naszej poważnej pomocy w końcu się udało. Domek był skończony. Miał daszek a środek był wypełniony styropianem, No w takim gniazdku to sam bym zamieszkał, ale się nie zmieszczę. Koty tylko oglądały całość, ale unikały wchodzenia do środka - ba nawet nie chciały spróbować. To był dobry dzień - w końcu mogłem iść spać.
gotowe i jestem dumny!

a środek wygląda jak wnętrze promu kosmicznego - co najmniej!

Kolejnego dnia zebraliśmy się z samego rana. Zupełnie nie rozumiałem powodu dla którego zebraliśmy się niemal skoro świt. Mało tego pojechaliśmy na spacer w okolice charakterystycznego szybu kopalni "Pokój". Wieżę widzę z okna naszego mieszkanka, ale tylko w sprzyjających warunkach. Nie odjechaliśmy więc daleko. Jeszcze zaspany spacerowałem po tych "dzikich terenach". Wdrapaliśmy się na górkę, z której rozpościerał się widok na okolicę. Powąchałem, pochodziłem i w końcu musiałem zejść. Stroma górka w dół, a co ja gadam: przepaść, urwisko - no mówię Wam dna nie widać. Jakoś postanowiliśmy schodzić powolutku. Ja większy problemów nie miałem, gorzej z Pańciem, który na swoich dwóch pokracznych nogach się ślizgał. W drodze w dół spotkaliśmy psiaczka, który wspinał się w górę. Biegał sobie swobodnie a jego Pańcio chodzi gdzieś po nieopodal miedzy zaparkowanymi samochodami. Po krótkim powitaniu każde z nas poszło w swoją stronę. My wróciliśmy do LaBuni i pojechaliśmy.

kojarzę to miejsce

na szczycie

cześć

Nie wróciliśmy jednak do domku. Wyjaśniło się też, czemu wstaliśmy tak wcześnie i pojechaliśmy na taki dziwny spacer. Borowskich doszły słuchy, że w a drogerii Rossmaann misie z akcji Podaruj Misia 2016 są już dostępne - mimo, że oficjalnie akcja rusza 6 grudnia. Chcieliśmy być pierwsi i oczywiście Pańcio zostawił mnie w aucie i wparował do sklepu kilka chwil po otwarciu. Chwilę później wrócił z misiem o imieniu Jaś. Elegancki miś, z którym na razie nie mogę mieć zdjęcia bo bym poślinił, ale na pewno jeszcze mi się uda.
W domku trochę się poleniłem, gdy nagle pojawiła się Wiki. Oczywiście szybko się z nią przywitałem i już po chwili patrzyłem, czy dobrze je obiadek. W zasadzie to wszystkie człowieki byli obserwowani. Nie było jednak czasu by się dłużej bawić i relaksować, bo ruszaliśmy w drogę. Pojechaliśmy do Zabrza, gdzie wysadziliśmy Wiki i pojechaliśmy na zakupy. Człowieki pokręciły się po sklepach i o zgrozo nie przynieśli nic ze sobą. Po takim objeździe, szybko wróciliśmy na miejsce wysadzenia Wiki i poszedłem z Pańciem na spacerek. Pańcia została w LaBuni. My zwiedziliśmy okolicę i znaleźliśmy nową drogę wyjazdu. Akurat, gdy wracaliśmy to pojawiła się Wiki. No to teraz już mogliśmy jechać dalej. Mogliśmy jechać na jarmark świąteczny do Gliwic. Na sam rynek.
podążaj za mną ja prowadzę

osiedle kogo?

Do Gliwic dotarliśmy bardzo szybko, nawet centru miasta nie stanowiło żadnego problemu. Jednak dużo czasu spędziliśmy na poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. Kilka razy objechaliśmy całe centrum aż w końcu się znalazło. Stanęliśmy przy samym rynku. To się nazywa szczęście, wielkie szczęście. Zaparkowaliśmy i szybciutko udaliśmy się na Rynek. Sporo osób i głośna muzyka. Stosik jarmarkowych było kilka. Pewnie jakbym się postarał to policzył bym je na pazurkach swoich przednich łapek. Z czego większość była z jedzeniem i piciem. Tak więc wielkość jarmarku nie porywała, ale z drugiej strony nie było tłoku. Po chwili oczekiwania pojawili się kolejni dobrze znani mi człowieki - w tym najmłodszy w rodzinie jechał swoją bryką o napędzie człowieczym. Po kilku chwilach spacerowania, napili się człowieki i przeszliśmy się na plac Piłsudskiego. Tam szybki przemarsz pod fontanną świetlną i powrót na rynek, gdzie po zjedzeniu jeszcze jednego przysmaczku w postaci pierogów pożegnaliśmy się i wróciliśmy do LaBuni i pojechaliśmy do domku. Załużyliśmy na porządny odpoczynek.
z Pańcią i czekoladką

czemu jeszcze nie wracamy

Niedziela nadeszła za szybko, zdecydowanie za szybko. Bardzo nie chciało mi się wstawać, ba nawet nie chciało mi się jeść. Poszliśmy na malutki spacerek i szybciutko wróciliśmy do domku, aby sobie pospać. Wybiła jednak godzina i trzeba było ruszyć pupkę z domku - udaliśmy się na Mikołajkowy spacer w Parku Śląskim. Przybyliśmy prawię na ostatnią chwilkę na miejsce spotkania. Było tam sporo psiaków. Przywitaliśmy się z organizatorami, czyli z ekipą RudoSzorski Team i Bytomskie Gadziny. Oczywiście nie omieszkałem zapoznać się z innymi psiakami i ich właścicielami.
ruszamy na spacer

Ledwo przyszliśmy a już ruszyliśmy na spacerek. Oczywiście ja trzymałem się na samym końcu. Oczywiście potem wszystkich goniłem a nawet udało mi się kogoś udało mi się wyprzedzić. Wędrowaliśmy przez ogród japoński na Pola Marsowe. Od czasu do czasu tyły odwiedzały brylujące na przodzie psiaki - najczęściej odwiedzał nasz Tesla, czyli Wyżeł po śląsku

na zapleczu marszu

Tesla i nasze przywitanie

Nim dotarliśmy na Pola Marsowe to zauważyliśmy wśród maszerujących Sonię - jamniczkę. Na Polach Marsowych był dłuższy postój. Tam ekipa trochę się rozluźniła. Było wspólne zdjęcie i jakieś nagrody. Niestety tym razem nie udało mi się nic wygrać. Nie przejąłem się tym za bardzo. To był świetny czas by sobie pobiegać i poskakać z innymi psiakami. Bylem i tu i tam. Miałem możliwość pochodzić bez Pańcia uwiązanego do drugiego końca smyczy. Zagadałem z największym psiakiem, a także z Azą i nie tylko. Sporo było psiaków na spacerku i niestety nie dałem rady ze wszystkimi zagadać i się przywitać. Kilka psiaków było na uboczu a ja zainteresowałem się przede wszystkim psiakami trochę podobnymi do mnie, ale bardziej kudłatymi.
ale tu psiaków

do zdjęcia jako reprezentanci Śląskiego Klubu Jamników

przywitanie z największym

smaczki a więc i jest moje zainteresowanie

ja i Aza i smaczki

z Sonią (foto Małgorzata Gumniak

 Po chwili cześć grupy udała się na dalszy spacerek, poszliśmy więc z nimi. Zważywszy, że po chwili okazało się, że to było tylko przemieszczenie się pod budkę sprzedającą gofry. My postanowiliśmy nie czekać i z częścią grupy udaliśmy się za Azą na lądowisko. W trakcie drogi trochę się zgadałem z tymi "bassetopodobnymi" psiakami. Okazało się, że to przygarnięte psiaki Harry i Potter i ich bassetość, jest prawdziwa - to Petit Basset Griffon Vendéen. No powiem szczerze, że czułem się przy nich jak przy Fidze i Baksie, których dawno nie widziałem. Nawet Pańcio pozwolił mi pobiegać ze smyczą
a ty czekasz na gofry

spacer z bassiorami

gonię Harrego i Pottera

Po dotarciu na lotnisko a raczej lądowisko dla śmigłowa ratunkowego znowu zaczęła się porządna zabawa. Niektóre psy skakały za latającymi krążkami a inne po prostu biegały. Bassety natomiast kontynuowały wspólną zabawę. Nie odstępowaliśmy się na krok i nawet nie uciekałem od człowieka. Czasami nawet go słuchałem. 
o jacie wspólne czatowanie

zabawy

dołączył się nowy

no i jak tu nie być szczęśliwym?

bassety w akcji

Niestety czas nieubłaganie leciał do przodu i przyszedł czas aby się pożegnać. Mieliśmy tego dnia jeszcze sporo do roboty. Tak więc musieliśmy przewędrować cały park aby wrócić do LaBuni i do domku. 
zaraz będziemy mogli iść - poczekaj chwilę

dobra chodź za mną

W domku chwilę odsapnęliśmy i znowu w drogę znowu w auto.Jechaliśmy do Katowic na najbardziej klimatyczny jarmark jaki znam, czyli na Nikiszowiec. Dużo aut jechało, dużo ludzi szło. Pozostało nam tylko cierpliwie znaleźć miejsce. Powiem szczerze, że wolałem zostać w autku i odpocząć, więc tak się stało. Pilnowałem LaBuni a człowieki poszli sami. Pochodzili a ja poszedłem spać. Dopiero obudził mnie Pańcio, który mnie wyciągnął na spacer. Po krótkiej wędrówce byłem na jarmarku. Mimo późnej pory, było jeszcze sporo osób. Zrobiliśmy jeszcze malutką rundkę.
na jarmarku

Niewielką ilość zakupów odwieźliśmy do domku wcześniej odwożąc Wiki do domku. Nie wchodziliśmy, bo już cała nasza paczka była bardzo zmęczona. W domku koty podziwiały nasze łowy. W końcu ten męczący i bardzo satysfakcjonujący weekend się skończył. Ja poszedłem spać na pontonik a koty na Pańcię. Do ugryzienia!
a co to za małe psiaki

dobranoc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz