sobota, 3 września 2016

Przed kurami

Wyobraźcie sobie: wielki olimpijski basen w którym zamiast wody jest są najsmaczniejsze na świecie przekąski. Wszystkie są wasze i już macie wskoczyć do tego basenu, a w zasadzie to już lecicie i tylko ułamki sekund dzielą was od zanurzenia się w tych smaczkach. Nagle słyszycie przerażający dźwięk, rozdzierający głowę od środka. Wszystko znika i otwierając oczy widzicie, ruszające się człowieki. Za oknem ciemno jak nie powiem gdzie a ci się gdzieś wybierają. Chcąc nie chcąc i bardzo żałując tego co mogło się przytrafić a nie przytrafiło i to przez człowieki. Szybko coś wrzuciłem na ząb i Borowscy pośpiesznie ruszyli do LaBuni i w drogę. W bardzo długą drogę, ale o dziwo bardzo szybką. Spokojnie sobie spałem w drodze i obudziłem się dopiero gdy zatrzymaliśmy się. No dobra jak zombie próbowałem zdobyć choć kawałeczki bułeczek, które jedli człowieki i się udawało - zawsze jakiś kawałeczek się trafił.
coś tu zjemy?
Na postoju miałem okazję pospacerować i rozprostować kości oraz się załatwić. Spacerowałem i wąchałem wszystko korzystając z pozytywnej atmosfery i ciepełka. Na postoju wszystko wyglądało jakbyśmy byli w jakimś pięknym ciepłym kraju. Wszystko poukładane, nowiutkie i pięknie wyglądające. Trochę jakbyśmy byli gdzieś w Chorwacji. Po chwili dowiedziałem się, że jesteśmy gdzieś pod Warszawą. Przekąsiliśmy coś z wykwintnej restauracji i ruszyliśmy dalej w drogę. Jeszcze sporo jej było przed nami. Gdy wjechaliśmy do Warszawy to podziwiałem z okna panoramę. Niestety dość szybko przyśpieszyliśmy i dość szybko przyśpieszyliśmy i warszawę zostawiliśmy daleko za sobą.
ale tu fajnie

Piękna i szybka droga, bardzo szybko zmieniła się w remontowaną, nierówną cienką niteczkę. Na szczęście ta męczarnia szybko się skończyła i w końcu dojechaliśmy do celu. Człowieki na chwilę zniknęli a potem pojechaliśmy zobaczyć Pałac, ten sam co ostatnio oglądałem, gdy padał deszcz. Pałac Branickich w taką piękną pogodę zdawał się być jeszcze bardziej imponujący. Pańcia siadał na ławce a ja z nią gdy w tym czasie Pańcio latał jak kurczak bez głowy po całym parku i robił zdjęcia. Ech tylko z politowaniem na to patrzyłem i miałem nadzieję na dwie rzeczy: że się nie wywróci i że mnie nie zaciągnie. Pierwsze się spełniło, drugie natomiast nie. Przylazł po mnie i musiałem z nim chodzić i oglądać wszystko. Trochę pozowałem, ale głównie podziwiałem i rozglądałem się czy z Pańcią jest wszystko ok. Po tym męczącym i fajnym maratonie zdjęciowym ruszyliśmy na spacerek. Ruszyliśmy obejrzeć co nieco.
Pańcia poczekaj

no ładnie to wygląda

no poczekaj już idę ci wejść w kadr

taka mina może być?

Okazało się, że nasz spacer to nie było zwiedzanie a wyprawa na małe co nieco. Zawitaliśmy do restauracji w której szybciutko zamówiliśmy frytki i placki ziemniaczane. W między czasie podszedł do nas pewien miły Pan zachwycony moją psiowatością. Chwalił moje uszka i w ogóle pytał o wiele rzeczy i co najważniejsze zrobił mi kilka fotek. Był naprawdę bardzo miły i z tego miejsca, mocno go pozdrawiam. Po zjedzeniu przyszedł czas by wracać do LaBuni i podjechać w inne miejsce. Tam musiałem chwile poczekać. Człowieki wrócili dość szczęśliwi i szybko zebraliśmy się w drogę powrotną do domku.
no daj jeszcze jedną frytkę

Pędziliśmy niemal na złamanie karku, oczywiście trzymając się ograniczeń prędkości - mniej więcej. Droga wyjazdowa aż do Wyszkowa to praktycznie ciągłe remonty. Tak więc jechaliśmy dość wolno więc znowu wyglądałem przez okno i znowu mogłem sprawić trochę radości tym co mnie widzieli. W końcu dojechaliśmy do Warszawy, gdzie pod szwedzkim sklepem z meblami zrobiliśmy sobie postój. Przerwa na rozprostowanie nóg i zjedzenie pysznych hot dogów. Przy okazji zostałem zauważony przez pewną starszą Panią, która mówiła: o identyczny jak mój bassecik, ale mój bassecik był bardziej biały na brzuszku i był ładniejszy. Ech czyli jednak nie byliśmy identyczni. No nic po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną i nie zatrzymywaliśmy się aż do domku.
cześć tirze!

Choć spałem całą noc, no prawie, bo w domku byliśmy chwilę po północy to kolejnego dnia ciężko było mi wstać. Naprawdę czułem się wielce zmęczony. Mimo wszystko Pańcio mnie wyciągnął na spacerek. Załatwiliśmy wszystko i pojechaliśmy do Parku Skałka aby trochę pokrążyć wokół jeziorka. Spacerowanie przebiegało dość fajnie, napiłem się i obserwowałem wędkarzy, którzy jakoś nic nie złowili i przywitałem się z kilkoma psiakami. Do czasu aż naszła mnie złość i zamiast drugiego kółka udaliśmy się do LaBuni i do domku. Z jednej strony szkoda spaceru a z drugiej strony cieszyłem się, że wracamy do domku. W między czasie odwiedziliśmy jeszcze molo, gdzie wystraszyłem kilka kaczek i trochę pozowałem.
no i czemu te kaczki uciekły?

ale daleko odpłynęły

eeeee zmęczony jestem

Resztę dnia przespałem i nie miałem w związku z tym sobie nic do zarzucenia. Po prostu musiałem odpocząć i się porządnie wyspać z ten poprzedni dzień. Nawet się nie zroientowałem jak przyszedł pierwszy września. Tego dnia co prawda nie zaczynałem szkoły, ale i tak miałem wiele roboty. Z samego rana pojechaliśmy do Sosnowca. Pańcio miał coś tam do odbioru. Na szczęście wcześniej pojechaliśmy odwiedzić dwa tamtejsze wybieg. Najpierw odwiedziliśmy Park Sielecki. Zaparkowaliśmy niedaleko lodowiska i ruszyliśmy na poszukiwanie wybiegu. Park ładny choć przydało by się w nim więcej kwiatków i mniej ławeczkowych przesiadywaczy. W końcu znaleźliśmy i tak jak opisywali w na wypad z psem, wybieg jest malutki i raczej nie na większa ilość psiaków. Przy okazji pełen jest małych i dużych dziur. Chwilę tam pospacerowałem licząc, że pojawią się jakieś psiaki. Niestety nikt się nie pojawił, ale to nic straconego, bo chwilę pobiegałem z patyczkiem. W końcu jednogłośnie zadecydowaliśmy, że czas wracać do LaBuni.

ale mały

patyczek się popsuł

LaBunia szybko przewiozła nas do drugiego parku. Ten był bardzo plisko i nazywał się Środula. Niemal górzysty teren pięknie zadbany sprawiał pozytywne wrażenie. Szybciutko skierowaliśmy się na  wybieg. Dość duży z kilkoma pięknymi drzewami. Jego jedynym mankamentem była różnica poziomów między dwoma przeciwległymi końcami. Patrząc z dołu ma się wrażenie, że aby wdrapać się na górę trzeba by co najmniej liny.  Dziur było zdecydowanie mniej, ale były ogromne. W większość wlazłbym i nie było by mnie widać. W każdym razie znowu były tam pustki i po chwili zabawy udałem się z Pańciem do LaBuni i pojechaliśmy załatwić to po co przyjechaliśmy do Sosnowca.
ale różnica poziomów

bawimy się na całego

rzuciłeś taki fajny patyczek

no już przychodzę, co wołasz tak głośno przecież słyszę

samotność na wielkim wybiegu

no weź miziaj mnie

W drodze powrotnej do domku odwiedziliśmy sklep z hot dogami, który dodatkowo sprzedaje meble - zupełnie nie wiem po co. Potem pojechaliśmy załatwić dwie inne rzeczy. Po pierwsze oddaliśmy do regulacji naszą maszynę do szycia - znowu, bo coś tam coś tam jej się znowu poprzestawiało. Na szczęście się udało a potem pozostało nam tylko zawieźć łańcuszek Pańci do naprawy i w końcu mogliśmy spokojnie wrócić do domku. Uf na całe szczęście. Do wieczorka już był wielki spokój. Do wieczorka nic się nie działo i spokojnie mogłem pospać. Wieczorkiem trochę Fuksja dała popis swoich umiejętności skoczkowych. No nie szalała jak zwykle, ale i tak latała jak szalona. Trochę mnie pogoniła, ale przede wszystkim poganiała za swoimi ukochanymi paragonami zwiniętymi w kulkę. Ten dzień, ten czwartek w końcu się skończył i w końcu mogliśmy pójść spać. Do ugryzienia!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz