wtorek, 4 października 2016

Niech moc będzie w łapkach

Poniedziałek to kolejny dzień w którym postanowiliśmy nie przestawać, nie odpoczywać. Na mapie znaleźliśmy miejsce zwane Pałacem Lubomirskich i postanowiliśmy je odwiedzić. Jednak pogoda była nie najlepsza i czekaliśmy z wyjściem. Robiło się coraz później i zapadła decyzja by ruszyć mimo wszystko. Droga nie była krótka i po cichu liczyliśmy, że z czasem stanie się cud i słońce wyjdzie. W trakcie drogi do celu co chwilę patrzyliśmy na niebo i to co widzieliśmy napawało nas optymizmem.
łyczek u celu
Niestety gdy dotarliśmy do parku pałacowego to słońce jeszcze siedziało za chmurkami, ale powolutku niebo się rozjaśniało. Ja postanowiłem uzupełnić płyny obwąchać co nieco i pogonić kaczuszki a Pańcio nie chciał czekać i zamiast robić mi fotki jak pozuję przy pałacu to po prostu poszliśmy dalej. Poszliśmy nad niedalekie jeziorka.
gonię kaczki

W zasadzie to musieliśmy tylko przeskoczyć przez bardzo ruchliwą ulicę i byliśmy nad stawami, Stawy Dojlidzkie bo o nich mowa sprawiały wrażenie bardzo pięknych, ale dostanie się tam było bardzo trudne, bo całe to piękno było po drugiej stronie płotu, a ten ciągnął się w nieskończoność. No już myślałem, że się nie uda, ale wytrwałością osiągnie się wszystko. Płot się skończył a my weszliśmy nad brzeg jednego z wielu stawów. Mijaliśmy rybaków i podziwialiśmy cały urok tego miejsca. Co prawda na przeciwnym brzegu widoki szpecił bardzo zadbany ośrodek rozrywkowy, czy coś. Wolałbym las no ale nie można mieć wszystkiego. Wędrowaliśmy brzegiem  i nie mogliśmy przejść nad drugie, bo od niego dzielił nas wielki kanał. Wędrowaliśmy po ścieżce nad brzegiem. Ja co jakiś czas uzupełniałem płyny w zbiorniczku i odwiedziliśmy bujające się pomosty. Szaleństwo jakieś. 
no mówiłem, ośrodek 

ale weź tak nie bujaj

Nasza wędrówka mimo wspaniałych okoliczności przyrody stawała się męcząca. Szliśmy przed siebie i szukaliśmy miejsca aby przeskoczyć przez ten kanał i wrócić nad drugim jeziorkiem. Tam było ich o wiele więcej, ale naprawdę nie mieliśmy już siły na tą wyprawę. Nagle eureka - mostek. Szybki przeskok i byliśmy po drugiej stronie.
no gdzie to przejść?

a może tu umrzemy na śmierć?

Mimo iż zdjęcia tego nie oddają to było już dość ciemno i zimno. Słońce chowając się za horyzontem dawało wspaniały popis swoich świetlnych zdolności. Niebo mieniło się wszystkimi barwami a my szczęśliwi wracaliśmy wśród wysokich wodnych zarośli. Co prawda ptaki już nie latały to dobrze wiedzieliśmy, że są z nami, było je słychać tak głośno, że aż zagłuszały mój wewnętrzny głos namawiający mnie do ciągłego jedzenia wszystkiego. Siedziały w tych szuwarach i tak głośno i gwarnie śpiewały - z jednej strony zauroczony tą melodyczną kakofonią, a z drugiej strony bałem się trochę, bo pewnie jakby wszystkie wyleciały to pewnie zasłoniły by całe niebo. W końcu po długiej wędrówce między stawikami i szuwarami aż w końcu wróciliśmy do cywilizacji. Całe to "dzikie" piękno mokradeł zostawiliśmy za sobą i szybkim krokiem wróciliśmy pod pałac.
no tu jest dobra droga

ja prowadzę!

Niestety na dobre światło się nie załapaliśmy. Zastała nas tam szczera i nieprzejednana noc. Praktycznie nic widać nie było a w dodatku robiło się bardzo zimno. Pewnie nawet się nie domyślacie jak to jest tak blisko ziemi. W dodatku uszy moczyły mi się od mokrej trawy i marzły. Mogę szczerze powiedzieć, że umierałem z zimna, a czapki nie miałem. Zresztą ilość materiału jaka była by potrzebna do uszycia takiej czapki dla mnie kosztowała by tyle co kilka sztabek czystego złota. No, ale może kiedyś moją Pańcię wyproszę o takie małe co nieco.

ciemna i głucha noc

Powolutku dreptaliśmy w stronę tymczasowego domku. Kolejne światła i czekanie było męczące, ale mimo wszystko powolutku posuwaliśmy się do przodu. Powolutku byliśmy coraz bliżej domku. Gdy w końcu wysiedliśmy z windy i otworzyliśmy drzwi to padłem, padłem jak długi i cały komitet powitalny w postaci Fuksji nic nie zdziałał. Pewnie gdyby były tam balony i transparenty, oraz konfetti to bym je olał i po prostu zasnął. Okazało się, że przeszliśmy sporo kilometrów.
na światłach

komitet powitalny

dużo kilometrów w łapkach

We wtorek z powodu brzydkiej pogody znacznie ograniczyliśmy spacerki i głównie to drzemałem i spałem. Zresztą o poranku mieliśmy bardzo ważne sprawy do załatwienia i człowieki byli jakoś tak bardzo zaaferowani tym wszystkim. My z Fuksją staraliśmy się nie wchodzić im w drogę i po prostu się relaksowaliśmy na swoich legowiskach, czując razem z nimi nadzieję i dobre samopoczucie. Cały wtorek nam zleciał nam bardzo szybko i bardzo leniwie.
obserwatorka

śpioch

W Środę jeszcze nim zjadłem śniadanie szybko wyciągnąłem Pańcia na poranny spacerek po najbliższej okolicy. Nie chciało mi się dreptać ani daleko więc szybko załatwiłem co musiałem i jeszcze szybciej wracałem do domku aby zjeść śniadanko. Winda bardzo dziwnie i bardzo powoi jechała do nas, ale gdy się już udało do niej dostać. W domku dziewczyny się relaksowały więc postanowiliśmy do nich dołączyć. Całe szczęście, że pogoda się choć trochę poprawiła, ale wciąż była niepewna. Udało nam się zjeść śniadanko i wrócić do ulubionej czynności - do spania. Pańcio się kręcił, gdzieś wychodził i zaraz wracał. Jakoś za bardzo mnie to nie ruszało i nie zwracałem na to uwagi w końcu przyciąganie pontonika działało wyjątkowo dobrze.
szybko i wracamy

no co ta winda tak powoli winduje?!

Długo leniuchowaliśmy, długo odpoczywaliśmy. Oczywiście do czasu aż rozległ się dzwonek do drzwi. Oczywiście od razu wszcząłem alarm. Jakieś dziwne fajne zapachy dobiegały zza drzwi za którymi zniknął Pańcio. Po chwili Pańcio wrócił z dwoma wielkimi pudłami. Jedno wylądowało na szafkach, wysoko poza zasięgiem stworzenia wszelkiego.  Drugie pudło pozostało na blacie i od razu zostało otwarte do jedzenia. Wszyscy skupiliśmy się na tym. Każdy chciał się dobrać do najlepszych i największych kawałeczków. Człowieki są dobre jeśli chodzi o pizzę, bo ze mną zawsze dziela się jej brzegami a Fuksja zawsze dostanie jakiś malutki gryz mięska lub czegoś podobnego. Bardzo przyjemnie jadło się tą smakowitą pizze a przy okazji wykonałem kilka sztuczek. Takie jedzenie jest wspaniałą okazją do treningu. 
Fuksja czai się na szyneczkę

hej dajcie gryza

o tak ten kawałeczek jest dla mnie

ale jestem mądraliśńki

Po takim smacznym jedzonku nie pozostało nam nic innego jak drzemka na ułożenie pełnego brzuszka. Niestety wszyscy mieli chrapkę na mój pontonik. Pierwsza była Fuksja, a ja nie chciałem się z nią kłócić więc po prostu położyłem się obok i zasnąłem. 
proces trawienia w toku

Gdy wszystko się poukładało to udaliśmy się z Pańcuem na spacer. Niestety ominęliśmy najlepszą pogodę i powolutku nad naszymi głowami formowały się chmury. Gdy dotarliśmy pod Pałac Branickich to z nieba po prostu zaczęło padać. Schowaliśmy się więc w czarnym domku z dziurawym dachem. Jakoś dawaliśmy radę, ale deszcz nieubłaganie kapał nam na głowę. Na szczęście lepszy taki daszek niż nic. Tam spędziliśmy całkiem sporo czasu, ale się nie nudziliśmy bo z Pańciem się bawiłem w podgryzanie i przeciąganie smyczy. Nawet się nie zorientowałem jak nagle deszcz przestał padać i mogliśmy wyjść z naszego ukrycia
no dawaj to moja smycz!

no bawmy się!

już nie pada?

Tą przerwę w deszczu wykorzystaliśmy spacerując po pustym ogrodzie. Nigdzie nie było żywej duszy. Tylko my i kwiaty i przede wszystkim smycz, którą podgryzałem i szarpałem. Niestety nasza przyjemność bardzo szybko się kończyła bo nieuchronnie nad głową nam ciemniało. Ledwo zdążyłem zrobić jedno lub dwa zdjęcia z propozycją nowej rzeźby w parku - fajnie by było jakby się przyjęła. W każdym razie jeszcze trochę pozwiedzaliśmy i trochę chciałem pomóc pewnemu Panu, który trzyma wielki głaz. Niestety nie był chętny więc obrażony udałem się do domku aby odpocząć i spać.
moja smycz

i będę ją gryzł

może taka poza dla nowej rzeźby?

a może taka?

hej stary pomóc ci?

Czwartek rozpoczęliśmy od leniuchowania bardzo długiego i bardzo dokładnego leniuchowania. Trwało to bardzo długo i dojadaliśmy pizzę cały dzień. Było fajnie i popołudniu Pańcio musiał to popsuć. Musieliśmy iść na spacerek. Tym razem udaliśmy się w kierunku dworca kolejowego. Nie mam pojęcia czemu tam się udaliśmy, no ale kto zrozumie człowiekia, zwłaszcza mojego? Po dłuższej wędrówce dotarliśmy na miejsce i dworzec okazał się takim zwykłym i normalnym budynkiem, który z jednej strony otoczony był parkingiem a z drugiej torami. Wdrapaliśmy się na kładkę nad torami i bez zachwytów, bez ochów i achów ruszyliśmy dalej.
no tory, super

Pańcio też nie był za bardzo zadowolony z dworca, tak więc udaliśmy się do Parku. Nie był on najbliżej, ale daliśmy radę. Weszliśmy mniej więcej w połowie długości parku, który należał raczej do tych bardziej podłużnych, niż szerokich. Ciągnął się wzdłuż rzeki, która nazywa się Biała. Tutaj chyba powoli wyjaśnia się sprawa nazwy tego fajnego miasta. Ta rzeka lawiruje po całym mieście. Jeszcze tylko muszę wymyślić skąd ten "stok" W każdym razie w Parku uzupełniłem płyny choć nie obyło się bez problemów, bo znalezienie dogodnego zejścia trochę czasu nam zajęło, a w zasadzie to mi. Dopiero potem zwróciłem uwagę na to jak park wygląda. Ładny zadbany a piękne drzewa dawały cień na sporych rozmiarów łąki. 
uwaga piję

a za mną park

No i maszerowaliśmy parkiem aż na mej drodze znalazło się wielkie niewielka sfora psów ich właścicieli. Oczywiście od razu zaprosili mnie do zabawy a Pańcia nakłaniali na odpięcie mnie ze smyczy. ten jednak się nie zgodził, a szkoda, bo bym poszalał jak dzikus, albo furiat. W każdym razie przywitałem się ze wszystkim, wszyscy mnie głaskali. Wszystko było fajnie i wszyscy mnie polubili. Szczególnie zainteresowałem się jednym psiakiem, ale ten mnie unikał. W każdym razie po chwili zabawy ruszyliśmy na mały spacerek. Dołączyliśmy się do lokalnej grupy spacerowej. Ja ciągle ganiałem za jednym psiakiem. W końcu jednak zorientowaliśmy się, że robi się bardzo ciemno i czas wracać. Tak więc poszliśmy, tak więc ruszyliśmy.
cześć

ale jesteś fajny, będę cię śledził

ciągle blisko

ale oni fajnie biegają

czas się pożegnać, czuje się jakiś splątany

Szybkim marszem udaliśmy się w stronę domku, jak wróciliśmy w końcu do domku to padłem jak długi na pontoniku wyganiając Fuksję. Nie chciałem o niczym słyszeć, nie chciałem nic wiedzieć, chciałem tylko spać. Tak oto skończył się nasz prawie cały pobyt. Przed nami jeszcze tylko jeden dzień pobytu i wyjazd. Do ugryzienia.
śpię, nie zaczepiać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz