sobota, 10 września 2016

Dwa razy grzybowa

Czwartkowy poranek, był bardzo zachęcający do spacerów. Nie mogliśmy z tego nie skorzystać. LaBunia ciągle "pokapywała" ale mimo wszystko dawała radę nas wozić. Zawsze coś tam jej dolejemy i można jechać. O poranku pojechaliśmy w okolicę ulicy Księżycowej, a więc do lasu, do lasu dzikiego i niebezpiecznego. Po zaparkowaniu i upewnieniu się, że LaBunia została zamknięta ruszyliśmy w las.
idziemy?
Ruszyliśmy drogą, którą przyjechaliśmy. Słońce i drzewa wspólnie tworzyły jakiś mistyczny i tajemniczy obraz. Taniec światła i cienia sprawiał niesamowite wrażenie. Z takimi widokami, nasze spacer stał się bardzo powolny, bo Pańcio co chwilę się zatrzymywał i robił zdjęcia. Naprawdę wcale mu się nie dziwiło. Nawet rowerzyści przystawali na chwilę i robili zdjęcia. Tylko się nie zbliżali, bo na każdego warczałem i próbowałem gonić. Kilku ich było i się trochę zmęczyłem. Zresztą już na samym początku spacerku znalazłem świeże ślady po jakimś zwierzaku. Pańcio mówił, że to byly dziki.
uwaga rowerzysta!

a tu były dziki

Nasz powolny spacerek szedł dalej przed siebie. Promienie słońca sprawiały wrażenie, że są jakimiś teleportami do innego świata. Gdy wchodziłem w nie to trochę się obawiałem, że nagle się gdzieś przeniosę. Za każdym razem na szczęście żadna przygoda taka mi się nie trafiła, ale czy to aby na 100% szczęście? Między wąchaniem i spacerowaniem znajdowałem chwilę aby sobie "pociumkać" patyczki.
no dobra mam patyczek, możemy iść dalej!

Trasa naszego spacerku była bardzo pokręcona i co chwilę odwiedzaliśmy czekającą na nas LaBunie. Dumnie czekała na nas, gotowa do akcji. Pańcio się o nią bardzo martwił, że ktoś ją ukradnie, czy coś, ale ja cię cały czas staram aby jej się nic nie stało. Gdy tylko w niej siedzę to ją brudzę na potęgę i w ten sposób wydaje się mniej atrakcyjna. W trakcie naszego spacerku odwiedziliśmy główne jeziorko z wędkarzami i parą łabędzi. Zrobiliśmy kilka zdjęć jak się pasłem na najbardziej zielonej trawce jaką można sobie wyobrazić.  Pańcio kierował naszym spacerku po ścieżkach leśnych a ja chciałem chodzić po liściach i patykach między drzewami, niestety w tym sporze silniejszy wygrał - często tak jest.
jak to nie idziemy tam?
 
wypas

Okazało się, że nawet nie wiedziałem, a my robiliśmy naszą piątkę. Taka piątka we czwartek to fajna sprawa. Gdy kierowaliśmy się na ostatnią prostą po której wracaliśmy na drogę i do LaBuni to Pańcio nagle się zatrzymał, ściągnął mnie do siebie i zaczęliśmy iść w tył bardzo powoli, ale bardzo stanowczo. No i po chwili wróciliśmy w to samo miejsce. Nie wiedziałem o co chodzi, ale Pańcio mnie uświadomił, że w lesie tuż przed nami wyrósł wielki dzik. Który tylko na nas spojrzał, ale woleliśmy go nie denerwować. Ostatnie chwile spacerku powygrzewałem się w słoneczku i w końcu wsiedliśmy do LaBuni i do domku.
a co tu tak pachnie?

co to za hałasy tam?

no to co wracamy?

W domku bardzo spokojnie się relaksowaliśmy. Pańcio coś tam robił, sprzątał, gotował i krzątał po mieszkaniu a my z Fuksją drzemaliśmy i spaliśmy w najróżniejszych miejscach. To ostatnie dotyczyło przede wszystkim Fuksja. Ona jest mistrzynią wynajdowania miejsc do spania. A to wyleguje się na foteliku, kanapie, łóżku czy też dekoderze. Tego dnia preferowała parapecik i wygrzewanie się w słońce. W takiej właśnie pozycji ją pożegnaliśmy wyruszając po Pańcię. 
no weź nie przeszkadzaj

ciężka praca!

Ta nasza wyprawa po Pańcię przerodziła się w coś o wiele, wiele większego. Najpierw pojechaliśmy na pyszne lody w Rudzie Śląskiej, takie tradycyjne. Wszyscy zgodnie uważamy, że te lody mogą konkurować z tymi chorwackimi. Jedynie trochę widoków brakuje w trakcie ich jedzenie i nie ma tego klimatu małego państwa nad Adriatykiem. Potem pojechaliśmy w okolicę Czarnego Stawu. Rano byliśmy po prawej stronie ulicy a teraz po lewej. Pokazywaliśmy ten teren Pańci i w trakcie spacerku ta wydawała się zadowolona i to bardzo. Widoki i świeże powietrze przyda się każdemu z nas. Ten czwartkowy wieczorny a raczej popołudniowy spacerek był wyśmienitą sprawą. Biegałem za wszystkimi rowerzystami, którzy nas mijali. Jeden prawie mnie rozjechał, bo nie słuchałem Pańcia. Choć z drugiej strony jego prędkość też nie była zbyt bezpieczna. Wytaplałem się w każdym jeziorku, które mijaliśmy. Do jednego wpadłem a przez strome zejście nie umiałem wyjść, żeby się całkiem nie zamoczyć. Borowscy się tylko ze mnie śmiali i nie mogłem liczyć na ich pomoc. Na szczęście dałem sobie radę dzięki mojemu analitycznemu intelektowi. Wróciliśmy do LaBuni i do domku.   
ale smaczna ta woda

smaczne!!!

W domku Borowscy szykowali obiadek a raczej kolacje. Ja w tym pomagałem i powiem szczerze, że dzięki temu a może z miłości dostałem na kolację pyszną zupkę grzybową z marchewką i makaronem. No ja wiem, że nie to nie zdrowo, ale kto by odmówił takiej zupce. Tak się do miski przyssałem, że odszedłem, gdy była całkowicie wypucowana.
no dawaj już tą zupę!

Po tak aktywnym dniu jedyne o czym myślałem to sen. Ostatni krótki spacerek nocny i wróciłem do domku, do swojego legowiska, gdzie po prostu padłem i zasnąłem.
ja śpię, nie budzić

W piątek rano pogodą nas nie zaskoczył - słońce, ciepełko. Tak więc ruszyliśmy do Parku Śląskiego na wybieg. Tam byliśmy tylko kilka, kilkanaście minut. Na wybiegu czekał na nas mój kolega (którego imię mi wyleciało z głowy). Początkowo było bardzo szczekliwie, trochę się poganialiśmy i trochę pobiegaliśmy, ale atmosfera była wyczuwalnie napięta.  W każdym razie każde z nas było dość blisko, ale zajmowaliśmy się swoimi sprawami. Tylko od czasu do czasu musiałem wytłumaczyć kilka rzeczy koledze. Ten radosny i aktywny psiaczek nie rozumiał, że dziury jakie są na wybiegu nie nadają się do schowania, że zabieranie mojego patyczka to nie najlepsza sprawa. No dobra tylko na niego poszczekałem, za zabieranie mojego patyczka, ale mu go oddałem, niech wie, że jestem dobry. Zabawy skończyły się dość szybko i z oporami, ale jednak wróciłem na smycz i udałem się na niewielki spacerek po Parku Śląskim.
no nie wywyższaj się już!

nie zmieścisz się!

jestem szczęśliwy z moim patyczkiem

to mój patyczek

no uważaj sobie, ten patyczek ci oddam, ale to ostatni

ale jak to już idziemy?

W parku wędrowaliśmy głównymi ścieżkami, w samym centrum parku. Chcieliśmy wejść do rosarium, ale jest absolutny zakaz dla psiaków. Tak więc musieliśmy sobie to odpuścić. Na szczęście obejrzeliśmy te ogólnodostępne krzaki tych pięknych kwiatów. Spacerek był z tych raczej relaksujących. Nawet za bardzo nie ganiałem za rowerzystami. Po prostu relaksowałem się na całego. Nawet za bardzo nie zaniepokoiły mnie ślady jakie zauważyłem po swoim przejściu. Co prawda sprawdziłem je dokładnie i doszedłem do wniosku, że to raczej nie moje, bo wyglądają na takie człowiecze. Po drodze odwiedziłem każdy z baseników i nim wróciłem do LaBuni to jeszcze raz zajrzałem na wybieg, ale był pusty. Wróciłem do domku i resztę piątkowego dnia spędziłem na nic nie robieniu. Oby cały weekend taki był. Do ugryzienia. 
najładniejszy z "różów"

ale to chyba nie moje ślady!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz