piątek, 2 września 2016

Pilotka

W niedziele po bardzo leniwym poranku ruszyliśmy w drogę. Zostawiliśmy dziewczyny w domku i pojechaliśmy. Po drodze okazało się, że wentylator w naszej LaBuni znowu odmówił posłuszeństwa. Na postoju pod sklepem Pańcio jako tako to naprawił i mogliśmy w miarę normalnie dojechać do celu. Zaparkowaliśmy i ruszyliśmy na spacerek. Całkiem sporo ludzi było a my jak się okazało wędrowaliśmy na lotnisko. Na lotnisku był piknik lotniczy. 
ale te samoloty malutkie!
Początkowo niewielki tłum był i mogliśmy z Pańciem spokojnie podziwiać zaparkowane za taśmą i barierkami samoloty oraz śmigłowce. Wraz z upływem czasu tłum gęstniał i oglądanie samolotów przestało być przyjemnością. Przy okazji zgubiłem swoją fajną czerwoną chustę. Latawce śmigały na uwięzi a nad tym wszystkim bzyczały drony. Płomienie buchały z koszy balonowych. Tak więc my z Pańciem udaliśmy się trochę dalej od tego zgiełku. Wybraliśmy świetne miejsce do oglądania pokazów lotniczych, które właśnie się rozpoczynały. Po wielkiej walce powietrznej płatowców z pierwszej wojny światowej z powodu upału postanowiliśmy wrócić do LaBuni. Oczywiście z LaBunią pojechaliśmy do Bojkowa na dokładniejsza naprawę tego gorącego problemu. Pańcio pogrzebał trochę i majstrował i w końcu się udało. Koniec końców okazało się, że jedna wtyczka się popsuła i połamała, ale na szczęście udało się to zaleczyć. No więc trzeba będzie to w końcu to wymienić. Tym czasem gdy się zbieraliśmy już do domku to na niebie zaczęły rozbrzmiewać istne piekielne gromy. Hałas był tak wielki, że nie dało się myśli zebrać. Okazało się, że to na niebie lata wojskowy odrzutowiec, który pokazuje najróżniejsze akrobacje. Przez chwilę go podziwialiśmy z tak znacznej odległości, ale w końcu mogliśmy wrócić do domku z działającym jak należy nawiewem.
 

no i gdzie te samoloty

W domku nie mogłem się uspokoić po szaleńczym pikniku. Długo nie mogę zasnąć, a Fuksja zdawała się nie wierzyć moim opowieścią. W końcu jednak wieczorkiem po ostatnim spacerku mogłem położyć się spać i odpocząć. Przecież nie można zmęczonym iść spać do nocnego legowiska. 
no mówię ci i latali tak nisko i bokiem

taaaaaaa jasne!

W poniedziałek nie mogłem się pozbierać. Rano znowu pojechaliśmy na szybko do Bojkowa aby posprzątać LaBunie. Dość szybko się z tym uwinęliśmy, a raczej Pańcio uwinął. Ja w między czasie gryzłem rękawice robocze, które znalazłem. W zasadzie to nie gryzłem a ciamkałem. Nawet udało mi się chwilę pospać. Ostatecznie, gdy mieliśmy się zbierać, to pojawił się Fred wraz ze swoim opiekunem i Wiki. Bardzo wylewnie się z nimi przywitałem, a Wiki poczęstowała mnie pysznym torcikiem. W końcu jednak  pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domku. Sporo działo się potem, bo jeszcze malutkie zakupy i spacerki. Najważniejszy i najlepszy był ten to Pańcie. W zasadzie to zostawiliśmy u niej samochód i poszliśmy na spacerek po okolicy. Poszliśmy na łąkę mijając po drodze bardzo szczekającego psiaka - jak zawsze zresztą w tym miejscu. Na spacerku było dość fajnie i dość przyjemnie, ale trochę rozrabiałem i co najważniejsze chciałem wracać do Pańci i do domku.
no tutaj jestem

wracajmy !!!

No i na całe szczęście wróciliśmy. Trochę rzeczy zabraliśmy ze sobą i wróciliśmy do domku, gdzie mogłem sobie pospać a po kolacji mogłem pójść na szybciutki spacerek i o dziwo zaraz po nim wszyscy położyliśmy spać. Człowieki mówili, że skoro świt czeka na nas wielka wyprawa. do ugryzienia!
jak to już spać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz