sobota, 6 sierpnia 2016

tylko sfuriatopierogi

W poniedziałek pogoda była o wiele lepsza, znaczy się nie było olbrzymich ulew i można było pospacerować, choć od czasu do czasu. Oczywiście były też obowiązkowe poranne obowiązki i inne takie tam rzeczy. Całe przedpołudnie się trochę wynudziłem. Po porannym spacerku trochę pospałem, trochę pomagałem w sprzątaniu, ale ogólnie to czekaliśmy na godzinę 17. Liczyliśmy, ze i u nas zawyją syreny tak jak w Warszawie. W końcu to rocznica Powstania Warszawskiego. Tuż po objedzie wybiła godzina 17. My staliśmy na balkonie wsłuchując się w dźwięki dobiegające ze świata i chyba nam się zdawało, że coś w oddali majaczy. Że jakaś syrena wyje w mieście nieopodal nas. Ledwo słyszalny dźwięk może był naszym naszym wyobrażeniem. W każdym razie po tym szybko wyszliśmy na dworek na spacerek, ale nie poszedłem sam, bo zabrałem ze sobą fioletową zimową czapkę.
no co może być zimno
Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz świeciło słońce, raz chowało się za chmurkami. Nam w zasadzie to nie robiło różnicy bo spacerowaliśmy pod koronami drzew na Górze Hugona. Zrobiliśmy porządny spacerek, który bardzo bfitował w obwąchiwanie i łażenie po krzakach. Był to taki spacerek jaki naprawdę uwielbiam. Nigdzie się nie śpieszyliśmy i powolutku dreptaliśmy, kroczek za kroczkiem. Takie spacerki mogły by się nigdy nie kończyć, tylko żeby wodę dostarczali no i w razie zmęczenia był dostępny taki drewniany wózek, który Pańcio bym ciągnął jakby sobie małą drzemkę odstawiał. Tak to dobry pomysł, tylko jak przekazać tą myśl człowiekowi.


no idziesz, czy będziesz te zdjęcia cykał?

no chodź już!

Ten dzień zaliczam do aktywnych i szczerze powiedziawszy trochę czasu w domku potrzebowałem aby zregenerować się po tym długim acz spokojnym spacerku. Na ostatnie siuśkowe wyjście nie miałem w ogóle siły i Pańcio musiał mnie bardzo przekonywać do tego abym się ruszył. W końcu nie jest zdrowe a przerywać spanie przed nocnym snem.
Wtorek to dzień pierogów, ale nie takich byle jakich pierogów a ruskich pierogów. Rano po wszystkich ważnych i codziennych sprawach zabraliśmy się z Pańciem za farsz. Obieranie i gotowanie ziemniaczków to naprawdę wiele roboty. Garnek był wielki, że pewnie sam bym do niego wlazł, a ziemniaki, czy jak kto woli kartofle wypełniały go po brzeg, sam brzeg. Gdy wszystko było ugotowane, to przyszła pora na mielenie tego wszystkiego z serem. Smażenie cebulki i boczusiu, oj aż ślinka ciekła. Zapachy roznosiły się po całym mieszkaniu i tylko żal, że wszystko było tak wysoko i tak bardzo pilnowane. Wszystko zakłócało tylko hałasy, które dochodziły z naszego ciężko pracującego miksera, który to wszystko mielił. Oj zeszło się nam sporo z przy tym mieszaniu i doprawianiu. Tylko, że nie próbowałem więc obawiam się, że smaczek może odbiegać od naszych standardów. Nawet się nie zorientowałem jak pojawiły się dziewczyny i po obiadku w postaci paróweczek wszyscy siedliśmy do lepienia pierogów. Co prawda człowieki starali się jak mogli z szybkością, ale było ich tak dużo, że siedzieliśmy i siedzieliśmy patrząc aż coś spadnie. Człowieki jednak uważni byli. Dopiero udało mi się coś wyhaczyć w kuchni podczas gotowania. Ja jak mówiłem głównie jednak siedziałem pod stołem i oglądałem jakość lepienia, a Fuksja jak zwykle sprawdzał, czy gotowe pierogi czekające na ugotowanie nie są źle zrobione. Sprawdzał miękkość i sprężystość ciasta, oraz konsystencje farszu. Czasami kryła się  tak dobrze, że ledwo do było widać jej pracująć łapkę. Ech wieczorkiem wszyscy człowieki zasiedli przy tależąch pełnych świeżych pierogów okraszonych smażoną cebulką.  Zachwytów nie było końca, a my nic. Mimo iż mocno pomagaliśmy to nic nie dostaliśmy, poza tym co sobie ukradliśmy. No i gdzie tu sprawiedliwość? No ja się pytam?
na razie obserwuje z oddali

no ja tylko oglądam

Wieczorny spacerek był bardzo szybki i trochę męczący, ale w zasadzie nie ma się czemu dziwić, bo z pełnymi brzuszkami to chodzenie jest ostatnią rzeczą jaką chce się robić. Dobrze, że szybko poszliśmy spać, dobrze, że ten pracowity dzień obfitujący w olbrzymią ilość pierogów się skończył, bo byłem bardzo zmęczony. Środa zapowiadała się całkiem normalnie i całkiem spokojnie, do czasu aż dziewczyny wróciły i my z Pańciem zostawiliśmy je i poszliśmy na spacerek. Trochę czasu nam przy tym zeszło a kiedy wróciłem to zamiast móc się relaksować, po prostu byłem cały w nerwach. Pańcia i Pańcio gdzieś sobie poszli, zostawiając mnie na pastwę samotności. Mało tego przez chwilę wyłem pod drzwiami, bo zostawili mi Wikę do opieki. No dobrze tak naprawdę, to razem byliśmy i czekaliśmy aż człowieki wrócą. Ta moja dobra Wiki to nawet była mega blisko mnie bo siadła sobie na podłodze i mogłem się do niej poprzytulać. Panował jakiś taki wspaniały spokój a domek wypełniała cichutka muzyczka. Nasze spokojne chwile upływały szybko i nagle pojawili się człowieki. Zjedliśmy przywiezione przez nich ciepłe bułeczki i frytki. Podzielili się ze mną a potem szybki spacerek, który przerodził się w dość długi wieczorny spacerek. Na szczęście nigdzie się nie spieszyliśmy i powolutku realizowałem swoje zadania przed snem. Taki ten nasz tydzień leciał spokojnie, ale co chwila mnie coś zaskakiwało. Jednak wiem, że jeszcze kilka dni w domku na obiad będą pierogi, a więc będzie jeszcze wiele okazji by coś tam schrupać i podłapać. Do ugryzienia.

weź mnie trzymaj za łapkę - a co będzie jak  nas zostawili na zawsze?

przytul człowieku młody!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz