Oj, dalej jakoś ze mną było najlepiej. Ani jeść mi się nie chciało, ani w ogóle nic nie chciało mi się robić, no chyba że mówimy o spaniu. To mogłem i dalej mogę robić najchętniej. W każdym razie śniadanko zjadłem całe dopiero koło 14. Wcześniej byłem jakiś taki nie głodny. W ogóle zauważyłem, że jeśli chwilkę popiszczę i się przejdę w okolicy drzwi, to skoczymy na spacerek. Było takich wiele spacerków. Szybko na moją trawkę i powrót do domku. Na szczęście dostałem nową, świeżo gotowaną kosteczkę. Była taka pyszna, a co najważniejsze duża i nie odrzucało mnie od niej jak od mojej miski z jedzeniem.
wtorek, 22 kwietnia 2014
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Boli, ale imprezować trzeba
Jeśli ktoś z Was zaaferowanych świętami nie zauważył, że dzisiejszy post pojawił się znacznie później niż powinien, wynika to z nadmiaru wrażeń i emocji w dniu wczorajszym.
Tyle tytułem wstępu, a teraz opowiem Wam jak było. Tak więc wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, za górami, za lasami. No dobrze, może trochę bliżej i trochę wcześniej, ale nie było dobrze, choć w sumie nie! Było fajnie. Zaczynamy po kolei. Po pobudce nie zjadłem śniadania, całego śniadania. Od razu Borowscy wiedzieli, że coś się święci. Tak - bolał mnie brzuszek, a może po prostu już jestem stary i wybrzydzam? O moim nie najlepszym samopoczuciu i humorze mogły świadczyć również trzy różne niespodzianki zostawione w różnych miejscach mieszkania. Koniec końców start dnia nie był najlepszy. Nie przeszkodziło to nam jednak w ruszeniu w drogę. W autku od razu zasnąłem i nim się obejrzałem już byłem na miejscu. Podreptaliśmy do domku pełnego kafelków, gdzie z niecierpliwością czekała na nas wesoła parka. Zasiedli do stołu i jedli, a ja tylko mogłem zaglądać i się przeglądać jak znikają takie pyszności. Na ziemie spadła jedynie mała kiełbaska. Ech, małe to pocieszenie. Nie minęło wiele czasu i znowu ruszyliśmy w drogę. Minęła może minutka, albo godzinka i już byliśmy na miejscu. To był dom Freda. Od razu pełnym gazem popędziłem na górę zapominając o swojej melancholii i bólu, oraz wielu ciężkich problemach jakie mam na głowie, bo prawdopodobnie za drzwiami na czwartym piętrze po 1000000 schodach czekały na mnie miski, pełne pyszności, no po prostu Eldorado. Musiałem wolno dreptać, razem z Panem a moja cierpliwość została wystawiona na bardzo poważną próbę.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Wędkowanie
Od rana czułem, że coś się święci. Poleciałem na spacerek, dostałem śniadanko, a Borowscy leżeli w wyrku i leżeli. Ja próbowałem ich budzić ale to nic nie dawało. Poddałem się i zaległem pod łóżeczkiem obok nich.
ej no wstawajcie!
sobota, 19 kwietnia 2014
Wyjec
Wstali, tak więc czas na spacerek. Szybko i treściwie. Potem śniadanko i znowu spacerek. Odprowadziłem Panią do Pracy i poszedłem na daleki, bardzo daleko spacer. Nie myślcie sobie, że byłem sam. Jeśli spacerek, to oczywiście z Panem. Byłem bardzo zadowolony z przebiegu tego spacerku, bo nikt się nie denerwował, że go podgryzam lub szarpię - zabrali ze sobą mój sznur. Tak więc kilka długich godzin ciężkiego i wyczerpującego spacerku minęło jak z bicza strzelił, bo miałem sznur i do tego piszczącą piłeczkę. Trochę za nią pobiegałem, ale w nieswoich okolicach, więc to nie była taka wielka frajda. Ponadto wszędzie dookoła były jakieś obce pieski. W pewnej chwili zostałem otoczony przez ich głosy. Wywołało to we mnie atak paniki i lęku. Poniżej pare fotek ze spacerku.
o i tak wącham trawkę
piątek, 18 kwietnia 2014
Listonosz
Śniadanko zjedzone i już szykowałem się na samotny pobyt. Widząc jak Borowscy się ubierają ja już leżałem w swoim legowisku i czekałem na zamknięcie kuchni, salonu i w końcu drzwi wejściowych. Stała się jednak rzecz niesłychana. Pan do kieszeni kurtki włożył woreczki na kupki i kaganiec, a do ręki smycz z obrożą i wypowiedział słowa do tej chwili rozbrzmiewające w moich uszach, po prostu miodek na me serce - idziemy na dwór. Nie zwlekając zebrałem się na wycieraczkę i wychodziłem jak król, jak pan na włościach
po co zamykasz ten zamek, chodźmy już!
czwartek, 17 kwietnia 2014
Picasso
Spanie w tysiącu i jeden pozycji nigdy mi się nie znudzi. Tak własnie spędziłem całe przedpołudnie w domku, sam. Wyspałem się chyba za cały świat. W końcu wrócił mój ukochany Pan. Coś mi się zdaje, że on nie zdaje sobie sprawy z tego, że wczoraj zostałem zaszczepiony i należy mi się całodobowa opieka, no albo zapomniał. Koniec końców wyszliśmy na spacerek i poszliśmy z torbą do Pani do pracy. Takie odwiedzinki. W trakcie drogi smycz mnie bardzo denerwowała, wiec ją gryzłem, w sumie wszystko mnie denerwowało bardzo i wszystko gryzłem, zwłaszcza smycz. Na miejscu zarówno ja, jak i Pani, bardzo się ucieszyliśmy. Pochodziliśmy to tu to tam, zostałem nawet troszkę pogłaskany i na odchodne zmieniała się zawartość torby. Szybko się pożegnaliśmy i wracaliśmy. Dogra powrotna była bardzo podobna. W domku działo się bardzo śmierdząco, bo Pan postanowił zakryć swoją murarską fuszerkę za pomocą farby. W oklejaniu taśmą malarską pomagałem całym sobą. Jak było nierówno, to odklejałem, a jak równo, to też odklejałem. Potem nastąpiło malowanie. W ruch poszedł wałek i pędzelek. Oczywiście też malowałem, a raczej, jak można się domyśleć, zbierałem nadmiar farb ze ściany. Tak właśnie i teraz można powiedzieć że nie jestem tricolor tylko cinque colori, czy jakoś tak. Malowanie na klatce nie było już takie zabawne. Najpierw jakaś stara gładź się zaczęła łuszczyć i wygląda to teraz jakby ktoś pokruszył coś do farby - fuszerka po prostu. Potem to już drzwi zostały zamknięte i ja ze środka płakałem, krzyczałem by wyjść. Moja rozpacz nic nie dała, więc poszedłem się zdrzemnąć. Malowanie się skończyło, a my mogliśmy iść po Panią. Tak wiec ponieważ na ziemi była mokra farba, ja latałem nad progiem i okolicami jak jakiś samolot albo superfuriat!
Do Pani doczłapaliśmy, bo ja w drodze przeszkadzałem Panu podgryzając nogawki, buty i smycz. Koniec końców dotarliśmy, a Pani wyszła po chwili czekania. Cała trójka skoczyła na spacerek, znaczy wracaliśmy do domku, ale trochę na około. Droga była dość długa, ale bardzo przyjemna. Miałem okazję się nawąchać, nabiegać, a co najważniejsze znaleźć patyczek. Pani w tym czasie rozmawiała przez telefonik. Jak tak można, zamiast interesować się mną, Ona rozmawia przez telefon!
poszły furiaty po betonie
środa, 16 kwietnia 2014
Wścieklizna
Wtorek jest zawsze bardzo dobrym dniem - każdy wtorek, jak daleko sięgam pamięcią. Borowscy spali niezwykle długo i niezwykle intensywnie. Nie wzruszało ich moje złe samopoczucie i moje problemy żołądkowe. Skończyło się tak jak skończyć się musiało, czyli zostawiłem w mieszkanku trzy różne niespodzianki. Chyba jednak Pan mnie kocha, bo tylko popatrzył na mnie wymownie i poszedł szykować śniadanko. W tym samym czasie ja również jadłem swoje jedzonko. Poranny spacerek był trochę później i był połączony z podróżą w autku. W ogóle nikt się dziś nie śpieszył i wszystko przebiegało bardzo spokojnie. W każdym razie po zrobieniu siusiu na trawniczku i przyszykowaniu LaBuni do przyjęcia Furiatka, ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy bardzo, bardzo długo. No dobrze, może tak długo nie było, ledwie 3352234 godzin. Robiliśmy mały przystanek w pracy. Okazało się, że tylko zostawili tam jakieś torby i oboje wrócili do autka. Ja oczywiście cały czas z tylnego siedzenia obserwowałem co się dzieje i czasami głośno szczekałem. Ruszyliśmy dalej i nagle Pani wysiada z autka, a My kilkadziesiąt kilometrów dalej zaparowaliśmy i wybraliśmy się na spacer. Tak wiem, jechaliśmy na spacer - to śmiesznie brzmi. Kręciliśmy się po nieznanym mi dotąd osiedlu. Minęło dobrych kilkaset godzin, gdy nagle usłyszałem Panią, ale nie miałem pojęcia skąd jej głos się dobywał. Pan tylko podsycał moją ciekawość słowami: gdzie jest Pani, szukaj Pani. Na szczęście siadłem na tyłku i wypatrywałem, aż w końcu znalazłem. Pani pojawiła się jak oaza na pustyni, czyli znikąd. Oczywiście od razu chciałem polecieć do niej i poskakać, ale nie było mi to dane, bo po pierwsze wiedziałem, że mam brudne łapki od parszywej deszczowej pogodny, a po drugie to nie wypada takim dużym pieskom. Pan nie miał z tym nic wspólnego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



