czwartek, 19 stycznia 2017

Mój pierwszy raz

Piątek rano zajęliśmy się bardzo ważnymi rzeczami. Pojechaliśmy do centrum sąsiedniego miasta. Oczywiście zrobiliśmy to nie bez powodu. Pańcio jeździł po sklepach w poszukiwaniu jakiegoś tam tableta, czy czegoś takiego. Nie wiem nie znam się, choć uważam, że powinien przynajmniej jedną zażyć, ciągle pokasłuje. Tylko zastanawiałem się po co za tabletkami chodzimy po sklepach a nie po aptekach. Jednak w naszym domku lepiej o takie rzeczy się nie dopytywać. Logika w naszym domku jest raczej pomijana - przynajmniej z mojego punktu widzenia. W każdym razie na koniec naszych poszukiwań tabletki, wielkiej tabletki trafiliśmy na rynek Rudy Sląskiej. Tam niemal od razu zapoznałem się z kilkoma psiakami. Oczywiście nie mogłem pobiegać, bo śmigałem na smyczy a wśród ludzi i samochodów lepiej czuć się bezpiecznie. 
no cześć


Podziwialiśmy piękną architekturę strzelistego kościoła. Przyjrzeliśmy się bliżej znajdującym się tam posągom, czy jakoś tak. Wesołe lwy, czy tez inne stworzenia pilnujące wejścia do świątyni były co najmniej dziwne. Ich pilnowanie polega chyba na rozśmieszaniu ewentualnych napadaczy. No nic ja i tak wejść nie mogłem więc na mnie podziałało i wróciliśmy. Pańcio robił jeszcze kilka zdjęć a ja byłem zaczepiany przez przechodniów. W końcu wróciliśmy do domku i się wszystko się zmieniło. Ta cała aktywność i energia jaką powinno się mieć i miałem na początek weekednu gdzieś po prostu się rozpłynęła, po prostu uciekła i je nie było. Resztę dnia po prostu przespałem. Ech tylko te spacery i ganiające koty.Tam zresztą pal lich ich bieganie, ale nie uwierzycie ile te szuje małe zniszczyły bombek na choince? To takie dwa tornada i tyle. Z drugiej strony tak sobie myślę, że jeszcze trochę ich "zabaw" i choinki nie trzeba będzie rozbierać, bo będzie pusta. Niestety nikt z tego nie jest zadowolony, nawet koty. One mówią, że to wszystko przez przypadek.

eeeee pięknie, wejść nie można

no i reszta ciężkiego dnia

W sobotę przedpołudnie mijało mi bardzo leniwie. To jakiś spacer, to jakaś drzemka no i te hałaśliwe i biegające wszędzie koty. No jakaś masakracja z nimi. Jeszcze trochę i chyba przestaną się mi podobać i zacznę je ganiać wszędzie. Na szczęście popołudni się trochę uspokoiło a co najważniejsze odwiedziła nas Wiki. Mało tego, że nas odwiedziła ona ze mną została! I to nie jakieś tam została, byliśmy sami! A wiecie co się dzieje jak jestem sam na sam z Wiką? Tak macie rację. Po prostu śpię do woli, śpię prawie gdzie chcę. Takie popołudnia, ze swoją ulubioną Wiką najbardziej na świecie lubię. 
będziesz to całe jadła?

Tak się relaksowaliśmy, tak sobie wypoczywaliśmy i tak po prostu się leniliśmy, aż do czasu gdy ze snu wybudził mnie dźwięk telefonu. Po chwili byłem już na dole i przy LaBuni zobaczyłem Pańcia. Od razu popędziłem a po chwili byłem już w LaBuni. Bardzo się cieszyłem i od razu rozsiadłem się jak król na swoim miejscu. Okazało się, że jedziemy do Gliwic, okazało się, że odwozimy Wiki do domku i jedziemy na małe zakupy. Na zakupach pilnowałem LaBuni, ale ostatecznie Pańcio wrócił dużo szybciej i sobie pochodziliśmy jak po parkingu sklepu. Tak się zastanawiałem, jak to jest w tych sklepach do których ja wchodzić nie mogę. Tak sobie myślałem, co tam jest i jak to jest w środku. Niestety tego dnia moje pytania pozostały bez odpowiedzi. W końcu wróciliśmy do domu z zakupami, które przytaszczyliśmy do domku w pożyczonej od Wiki reklamówce. No i wiecie co? Tą torbą bardzo zainteresował się Fart. Na szczęście nie zdążył jej zniszczyć i ostatecznie jak wszyscy poszedł spać. Jedni spali bliżej a inni dalej Pańci, ale jednak wszyscy znaleźliśmy swoje miejsce. Sobota skończyła się w wymarzony sposób. Rodzinnie
ale tą torbę to zostaw

no i zadomowił się

rodzinne spanie

Pochmurna niedziela była taka trochę depresyjna. Na szczęście człowieki postanowili zaszaleć. Pojechaliśmy z człwiekami do centrum handlowego. No i czułem, że zapowiada się kolejny nudny czas spędzony na zakupach. Oni spacerują po sklepach a ja siedzę i wypoczywam w LaBuni. Na szczęście było zdecydowanie inaczej. Początkowo zostawili mnie jak normalnie, jak zawsze. Potem jednak przyszedł Pańcio i ze mną sporo pochodził po parkingu i okolicy. Trochę mnie tym wymęczył, ale się sporo nachodziłem i zrobiłem to co trzeba zrobić. Pańcio co chwilę obrzucał mnie śniegiem, ale jakoś mi to w ogóle nie przeszkadzało. Od czasu do czasu mnie głaskał i był wyjątkowo wyrozumiały na moje wygłupy. To wszystko jednak nic. Bo dalej było tylko ciekawiej.
o jacie mityczne drzwi do krainy wszystkiego

Parking podziemny i sceneria jak z filmu gangsterskiego

ośnieżony pies

W końcu stało się to, co wydawało mi się, że nigdy się nie stanie. Z Pańciem weszliśmy do centrum handlowego. Tak to prawda przez drzwi weszliśmy do budynku. Przywitali nas, a raczej mnie człowieki z puszkami. To nie były puszki piwska. To były najnormalniejsze i najzwyklejsze puszki na pieniądze. W tą niedzielę była wielka coroczna zbiórka dla chorych dzieci i seniorów - to była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Oczywiście nie omieszkaliśmy wrzucić trochę grosza do puszki za co otrzymaliśmy piękne serduszko. W centrum handlowym Silesia można być z psiakiem. Oczywiście nie do wszystkich sklepów można z nim wejść, ale i tak jest super. Zastanawiałem się jedynie, co się stanie gdy taki piesio się lekko zsiusia, albo coś. Chyba człowieki muszą być wyposażeni w jakieś szmatki czy coś takiego. W każdym razie przemaszerowałem przed drzwi i wzbudziłem niemałą sensację wśród ochroniarzy. Wydawali się być zdziwieni moją obecnością. Zresztą sprzedawcy na stoiskach też wyglądali na pozytywne zaskoczonych. My niestety nie przespacerowaliśmy się po całym centrum handlowym, bo zaraz przy wejściu na linii kas spotkaliśmy Pańcię i Wiki, które właśnie pakowały zakupy spożywcze, ale nie tylko do koszyka. Oczywiście z niecierpliwością wyglądałem co tam mają. Czy jest coś dla mnie? Wąchałem i zaglądałem, starając się przy tym zachowywać trochę dystyngowanie - znaczy nie jak ja. W końcu przecież byłem w centrum handlowym - galerii. W nowym miejscu i nie chciałem wszystkich zrazić do siebie. W końcu mogło by się tak stać, że gdybym się źle zachował to zamknęli by centrum dla psiaków, a tego nie chciałem. W końcu wszystko było gotowe - koszyk spakowany. Ruszyliśmy więc spokojnym krokiem w stronę autka. Pierwszy raz jechałem po czymś w rodzaju ruchomych schodów. Wrażenie jest obłędne - niby się idzie a stoi. Szok. Szkoda, że czegoś takiego nie ma na spacerkach, bo czasami to padam na mordkę i nie chce mi się chodzić. Takie ruchome coś było by zbawieniem. No nic dotarliśmy do LaBuni a ta nas zawiozła do domku. No właśnie tu było najlepsze - Wika znowu przyjechała do nas. Znaczy do mnie, bo przecież nie do moich człowieków. Cieszyłem się na zbliżającą się noc, bo wiedziałem, że spędzimy  ją razem - taki miałem plan. Przed snem jednak jeszcze kilka spacerków było i były zabawy z Pańciem w przeciąganie sznura. To dobry dzień był, pełen wyzwań i niespodzianek. W zasadzie to był dobry weekend. Szkoda tylko, że w centrum nie było fotoreporterów. No nic do ugryzienia!
no pakujcie to szybciej

jedziemy - prrrryyyy szalony

sznurowe szarpaniny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz