środa, 22 czerwca 2016

Powroty

Nasz ostatni cały dzień wakacji zaczął się bardzo leniwie. Po szybkim porannym spacerku całe przedpołudnie spędziliśmy na tarasie. Pańcio coś tam komputerował, ja drzemałem a Pańcia jak zwykle w ogródku wygrzewała się w słoneczku. Co prawda nasza gwiazda chowała się za chmurki, ale i tak było bardzo przyjemnie.

 
leniwy weekend


W okolicach południa ruszyliśmy w trójkę na plażę, ale nie na naszą plażę. Poszliśmy na plażę przy łące. Taka spokojna w zagłębieniu i tam posiedzieliśmy chwilkę. Relaksowaliśmy się w promieniach słoneczka będąc lekko smaganym morską bryzą. Czasami przerywaliśmy ten relaks tylko po to aby poszukać muszelek, kamyczków i szkiełek. Nawet pozwoliłem sobie wejść na chwilę do wody, ale tylko zamoczyłem łapki i brzuszek.
relaks na plaży

człowieki czy musimy jutro wyjechać?

W końcu jednak słońce całkowicie zostało zasłonięte przez chmurki. Od tego momentu nasze drogi się rozeszły.  Znaczy się Pańcia wróciła do domku a ja z Pańciem udałem się do centrum miasta po pieczywko na drogę. W końcu z samego rana musimy jechać i wszystko musiało być gotowe.  Z tym, że mi bardzo nie chciało się iść i co chwilkę po prostu kładłem się na ziemi i patrzyłem proszącym wzrokiem abyśmy wrócili. Jednak Pańcio naciskał aby iść i iść dalej. Spacerek miał trwać 20 do 30 minut, ale przez moje lenistwo i niechęć szliśmy o wiele, wiele dłużej. W każdym razie udało nam się kupić pieczywko i powrót nie był już taki straszny i taki długi. A tuż przed domkiem poszliśmy skrótem przez wodę. Tej było o wiele więcej niż wcześniej i usiałem przepłynąć dobry metr głębokiej wody. Na szczęście szybko wyschnąłem wylegując się na tarasie.
nie idziemy

no dobra kilka kroków i znowu odpoczywamy

no weź odpocznijmy

no proszę cię

ja pływam

Całą resztę dnia spędziliśmy w domku lub w jego pobliżu na krótkim spacerku. Wieczorem razem z człowiekami siedziałem i robiłem kanapeczki.  Wyszło ich dokładnie dziewięć, jednak do nocy dotrwało osiem i pół. Kawałek kanapki udało mi się ukraść z lodówki, którą Pańcio pozostawił otwarta chowając do nie jakieś rzeczy. Nie było wielu nerwów z tym związanych. Tylko Pańcio skwitował to słowami: najwyżej w aucie Furiat zje mniej. Powoli zbieraliśmy się do snu. Torby już były spakowane w 90%. Pozostało do nich wrzucić pojedyncze rzeczy. Gdy kładliśmy głowę na podusi to za oknem rozpętała się burza. Gdzieś z oddali waliły grzmoty i błyskawice. Trochę się tym denerwowałem i człowieki pozwoliły mi wejść na łóżko pospać z nimi. Bardzo się cieszyłem i skromnie ułożyłem się w nóżkach. Tak grzecznie i niewinnie spałem, do czasu aż skończyła się burza. Potem po prostu wróciłem na swój kocyk na podłodze. Tam zastało mnie rano.
w nóżkach

Nie był to poranek taki prawdziwie Chorwacki. O nie. Deszcz padał i to bardzo intensywnie. Tylko na chwilę deszcz odpuszczał i kropiło. Te chwile Pańcio wykorzystywał by zanieść wszystko do autka. W końcu spakowani z kanapeczkami w turystycznej materiałowej lodówce pożegnaliśmy się z właścicielami domu i ruszyliśmy w drogę. Deszcz mocno padał a my udaliśmy się jeszcze do Zadaru. Puste miasto i deszcz, to bardzo dziwne połączenie. Zaskakujące i jak dla mnie bardzo przyjemnie. Było spokojnie a my zrobiliśmy ostatnie zakupy. Przemoczony do suchej nitki ale uradowany i spokojny spacerowałem po mieście. Delektowałem się ostatnimi chwilami na chorwackiej ziemi.
ale pusto

ale deszczowo

Nim ruszyliśmy w drogę do domku to człowieki postanowili pojechać na jakąś fajną plażę. Przebyliśmy się przez centrum miasta i po zaparkowaniu LaBuni udaliśmy się przez dziki Camping i trafiliśmy na plażę. Wąska, kamienista, ale niezwykle urokliwa. Piękne krzewy zacieniały plażę. Nie dziwie się, że człowieki tak lubią tą plażę. Po chwili spędzonej tam i po zabraniu kilku kamyczków zasiedliśmy do LaBuni i ruszyliśmy w drogę do domku, tego w Polsce. 
no ładnie tutaj

ale sporo jeżowców

Wow jak tu ładnie

Było nam bardzo smutno, że wyjeżdżamy. Niestety nie mogłem wyglądać przez okno bo deszcz zacinał niemiłosiernie. Człowieki były zajęte drogą wiec chwilę ich nieuwagi spędziłem na grzebaniu w lodówce z kanapkami. Ta leżała pod moim miejscem aby mieli do niej łatwy dostęp. Dzięki temu ja też taki miałem. Torba była zamknięta na ekspres, ale to żaden problem dla mnie i w końcu od kanapeczek dzieliła mnie tylko reklamówka. Po chwili z sześciu kanapeczek został dwie, a człowieki nawet nie zauważyli. Dużą część drogi przestałem, a przez okienko wystawałem tylko jak bardzo zwalnialiśmy. Przede wszystkim na granicy Chorwacko - Słoweńskiej. Tam nawet mili strażnicy graniczni się do mnie uśmiechali. Mogłem sobie wtedy długo wyglądać przez okienko, bo ze względu na remont długo jechaliśmy bardzo powolutku.

jedziemy

Droga była długa i tylko kilka razy się zatrzymaliśmy na załatwienie najróżniejszych pilnych spraw. Czasami musieliśmy się zatrzymać aby napełnić LaBunie. Mój przypał z kanapkami nie był tak straszny jak myślałem, że będzie. Droga była długa i męcząca ale na szczęście bardzo spokojna. Po dwunastu godzinach w czasie których odebraliśmy Fuksje z mieszkania z kafelkami trafiliśmy do domku. Pańcio zrobił trzy kursy z tobołkami i w końcu położyliśmy się spać. Tylko Fuksja była jakąś taka nieswoja. Chyba była na nas trochę obrażona, że jej nie zabraliśmy. 
na Słowenii

w Austrii na stacji


Koniec końców nasze wakacje się skończyły. Te kilka dni w raju na ziemi zleciały bardzo szybko i nim się zorientowaliśmy się skończyły. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, jednak z miłą chęcią został bym w Chorwacji kilka miesięcy a może i nawet lat. Tym czasem wróciliśmy do naszej codzienności. Do ugryzienia. 
w łóżeczku w swoim łóżeczku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz