czwartek, 20 października 2016

Deszczownia

A idźcie mi z tym poniedziałkiem. Mam nadzieję, że kiedyś pójdę spać w niedzielę wieczorkiem i obudzę się w piątek popołudniu. Niestety mimo wielu prób nigdy się to nie udało. Tak więc, zaczął się poniedziałek. Wstałem bo musiałem, wstałem i poszedłem na ten spacer po załatwieniu wszystkich porannych spraw. No ale po powrocie do domku mogłem dyskretnie wdrapać się na kanapę i po prostu zasnąć. Dobrze, że nikt mnie na niej nie widział, nawet krzątający się po mieszkanku Pańcio 
dobra drzemka nie jest zła - zwłaszcza w poniedziałek
Dzień upływał nam bardzo leniwie i bardzo spokojnie. Cieszyłem się z takiego obrotu spraw w poniedziałek. No i powiem szczerze, że nie bardzo mi się chciało jechać po Pańcie, ale przecież bez Niej było by bardzo smutno. Zostawiliśmy Fuksję aby pilnowała mieszkanka. Pojechaliśmy po Pańcię i czekaliśmy i czekaliśmy. Bardzo długo czekaliśmy na Pańcię, ale na szczęście w końcu przyszła i po małej jeździe na około wróciliśmy do domku. Przed snem jeszcze zrobiłem mały spacerek i w końcu udało się zakończyć ten dzień.
no gdzie ta Pańcia?

chyba już idzie!!!

We wtorek od samego rana postanowiliśmy zmienić trochę nastawienie do tego tygodnia. Ruszyliśmy do Rudy Śląskiej do Lasu Kochłowickiego nad ulicę Księżycową. Zaparkowaliśmy koło chatki rybaków i ruszyliśmy w leśne ostoje. Przechadzaliśmy się miedzy drzewami, między krzewami. Na ziemi był już dywan z liści i czuło się jesień. Brakowało jedynie słoneczka. Spacerek po lesie był wspaniałą odskocznią od smutków. Nosek mój pracował pełną parą. Podążałem za różnymi zapachami i kręciłem się od lewej do prawej. Nie odpuściłem sobie żadnego drzewka. Z lewej i z prawej a potem do około. Smycz się plątała, ale wędrowało się fajnie i przyjemnie. Zrobiliśmy niewielkie kółeczko i szczerze powiedziawszy byłem bardzo zadowolony, gdy dotarliśmy nad jeziorko. W zasadzie to wcale od niego się jakoś specjalnie nie oddaliliśmy, ale nie było okazji zamoczyć łapek, a w zasadzie to najpierw uszu, potem noska i na sam koniec dopiero łapek. Nie szalałem za bardzo z wodą, bo wszędzie było pełno rybaków, a ci nieprzychylnie patrzą na wszelkie zakłócanie lustra wody. Po uzupełnieniu płynów mogłem powędrować już do czekającej na nas LaBuni. Kapryśna dama czekała na nas jakby nigdy nic, ale pewnie po prostu coś knuła. Na szczęście bez problemów wróciliśmy do domku, gdzie spokojnie się relaksowałem. Po wizycie w lesie wszystko było jakoś bardziej optymistyczne. 
no ledwo przeskoczyłem

smycz jakoś tak nie zwija

no i jestem na łące a tam nad wodą rybacy

delikatnie piję

W domku Pańcio pokazał mi moją nową zabawkę. Kupili ją jakiś czas temu, ale ukrywali przede mną i pokazali dopiero popołudniu. Piłki dwie połączone sznurem. Zapowiadało się na świetną zabawę. Nawet Fuksja się zainteresowała, ale gdy tylko się zorientowała, że to nie zwinięty w kulkę paragon to przestał się tym interesować. Ja natomiast bardzo chętnie zabrałem się z Pańciem za zabawę. Po dłuższej zabawie w przeciąganie zabrałem zabawkę do siebie i już po chwili jedna piłka została w strzępach. Znaczy jeszcze da się poznać co to było, ale raczej nie spełnia już swojej roli. Po dłuższej zabawie druga pękła. Ten dzień zakończyłem dwoma sukcesami. Fuksja oczywiście olała cały system i spała ile się tylko dało. Ona w zasadzie nie spała a bawiła się w krewetkę.
nowa zabawka

no dawaj już, a nie się bawisz

no co mi tu zdjęcie robisz jak krewetkuje

Środa była ponurym i mokrym dniem. W zasadzie to nie padało, a tak kropiło, siąpiło.Chwila na dworze sprawiała, że zaraz było się całkiem mokrym. Niechętnie spacerowaliśmy i szybko wracaliśmy do domku aby spać i odpoczywać. Jesień jest piękna i kolorowa, ale bez choćby odrobiny słoneczka traci cały swój urok. Takie dni najlepiej spędzać w domku wylegując się na pontoniku. Najlepiej jeszcze opatulić się w kocyk i przeczekać w oczekiwaniu na lepsze czasy. Dopiero popołudniu postanowiliśmy na dłuższą chwilę wyjść. Postanowiliśmy wyściubić nosek z ciepełka i LaBunia nas zawiozła do Parku Śląskiego. Ech szkoda, że nie mogliśmy tam wjechać LaBunią i tylko wysiąść załatwić ważne sprawy i wrócić do ciepełka. Niestety musieliśmy zaparkować tam gdzie zwykle, musieliśmy przejść kawałek drogi i odwiedziliśmy wybieg. Pustki natychmiast nakierowały nas na Pola Marsowe. 
eeeee wszędzie mokro

Tam na miejscu, Pańcio przyczepił mi drugą smycz - taką starą wysłużoną i w powietrze poleciała piłeczka. Oczywiście mój instynkt zadziałał i popędziłem za nią jak dzika bestia. Nic nie mogło mnie powstrzymać ta piłka była moja. Oczywiście po złapaniu jej ani myślałem ją przynosić. Stałem dumnie i czekałem aż buła przyjdzie i rzuci piłeczkę. Czasem były dobry i nawet przyniosłem, ale to były wyjątki. Ważne w tym wszystkim było to, by rzucał we właściwą stronę, Bo jak rzucił tam, gdzie nie patrzyłem to nawet nie pomagałem mu w jej znalezieniu. Deszcz padał, mokra trawa i ciemno. To oznaczało tylko jedno. Już nie będę biegał a więc czas wracać do domku.

znalazłem

no i po co to tam rzuciłeś?

ale jest piękny...

biegnę z piłeczką

mam piłeczkę

znalazłem piłeczkę 

biegnę

na dziś koniec, wracamy

Wracaliśmy troszkę na około do tego naszego autka to przy drodze zobaczyłem to co najbardziej lubię w tym parku. Znalazłem znaki z moją podobizną. No dobra może nie koniecznie moją, ale za to z bardzo ładnym bassetem - tak myślę. To są prawdziwe sfuriatoznaki. Teraz już z uśmiechem wróciłem do domku by iść spać. 
sfuriatoznak

Oczywiście kanapa była zakazana, ale ja znalazłem sposób by poczuć się kanapowcem a mimo wszystko nie być na kanapie. Po kilku minutach walki w końcu się udało. Poduszka wylądowała na ziemi a ja na poduszce. Momentalnie mnie ścięło i logicznie rzecz biorąc nikt nie mógł mi zarzucić, że zrobiłem coś złego. Co prawda nie było to tak wygodne jak cała kanapa, ale z braku laku, lepsze i to. Na szczęście już po chwili byłem w sypialni z Borowskimi - oni w łóżeczku a ja w legowisku.
no co?

We czwartek to działy się dwie rzeczy. Dwie najważniejsze rzeczy. Pierwsza to po załatwieni kilku spraw pojechaliśmy z Pańciem na wybieg w Chorzowie. Trochę pochodziliśmy po trawniku, trochę powąchałem. I już mieliśmy się zbierać a tu nagle na wybiegu pojawił się przemiły wielki jamnik. Tak trochę niepewnie do mnie podchodził, ale jego Pańcia bardzo mnie polubiła. Jamnior był trochę zazdrosny i bardzo niepewnie do mnie pochodził, ale mimo wszystko trochę się pobawiliśmy i trochę poznaliśmy. Niestety psiak się zbierał a my za nim. Wsiedliśmy do LaBuni i kapryśna dama znowu nas zaskoczyła. Odpaliła i jechała, ale zapomniała włączyć zegary. Ech tak po prostu jechaliśmy nie wiedząc jak szybko, ani czy jakieś błędy się nie pojawią. No nic do końca nasz dzień już był niewesoły. Ech z Pańciem szukaliśmy przyczyny takich dziwów. Najpierw stawialiśmy na pogodę, potem na przeziębienie i ostatecznie stanęło, że to wina fazy Saturna. Do ugryzienia
cześć

1 komentarz:

  1. Estupendas fotos de los juegos en el prado, demuestras fuerza y destreza, nuevo juguete y la mirada complice de Fucksia, los cambios de estacion nos afectan Furiat, pero lo superaremos como siempre, ese aire de mimoso y triston te queda muy bien, aprovechar a dormir al abrigo, besos y abrazos para todos , los queremos muchisimo, Luciana y los perros. Do ugryzienia.

    OdpowiedzUsuń