wtorek, 11 kwietnia 2017

Z hukiem

Kto to widział, żeby poniedziałek z rana tak szybko wstawać., w ogóle kto to widział aby w poniedziałek robić cokolwiek. Ten poniedziałek po prostu nie był i tyle. We wtorek też wszyscy wszyscy woleliśmy poleżeć w wyrku i troszkę wyciągnąć kopytka. Koty przodowały w tym wylegiwaniu się. One na łóżku mogły by spać całymi godzinami. Jednak ten luksus jest dla nich dostępny, tylko, gdy są w nim człowieki.
nie wstajemy

Gdy w końcu się pozbieraliśmy to udaliśmy się na spacerek. Nie odchodziliśmy jednak zbyt daleko. Po prostu sobie poszliśmy w najbliższe okolice. Niby nic, niby niedaleko, ale co się nachodziłem to moje. Tu pod górkę, tam pod z górki. Wszystko to po liściach, których jeszcze nie zakrył zielony dywan. Na ten trzeba będzie jeszcze poczekać. Drzewa były obsadzone przez najróżniejsze ptaszki. Jedne były małe i bardzo ruchliwe inne większe i takie spokojniejsze, ale wszystkie łączyło jedno - wszystkie pięknie i głośno śpiewały. Po prostu chciało się spacerować i przy okazji oglądać tych skrzydlatych muzykantów. Niektóre śpiewały tak profesjonalnie, że aż musiałem się zatrzymać i w zadumie posłuchać tych dźwięków.
oby tylko ten ptaszek nie zrobił Bach

Oczywiście przez takie momenty nasza wędrówka wydłużyła się w czasie i pomimo długich chwil spędzonych na spacerku ani się na nachodziłem i ani nie zaszedłem za daleko. No ale przecież nie ma co narzekać. Oczywiście odwiedziliśmy stok rowerowy. Nikt po nim nie jeździł więc spędziłem trochę czasu na zwiedzaniu tej konstrukcji. Pochodziłem po tych podestach i ziemnych zakrętach i pagóreczkach. Oczywiście Pańcio szalał z aparatem a ja z pożałowaniem na niego patrzyłem, że przecież mógłby porobić fotki latającym śpiewakom. No i koniec końców zadowolony i uśmiechnięty wróciłem do domku i wiecie co? Poszedłem spać - w końcu jak to prawdziwy pies muszę spać ze 20 godzin w ciągu dnia.

a kuku 

na podeście

dobra wracajmy

w drodze do domu

Ten straszny dawny wtorek zleciał nam tak bardzo szybko, że nawet nie zauważyłem jak położyłem się spać. Jak zwykle, gdy tylko otworzyła się sypialnia to popędziłem na swoje legowisko jak malutki motorek. Co tam motorek, jak wyścigówka. W sypialni byłem pierwszy!

bylem pierwszy!

W środę było bardzo deszczowo i naprawdę nie chciało mi się wstawać. No i powiem szczerze, że nawet człowiekom nie chciało się wstawać. Tylko koty z rana chwilę pobrykały, ale po chwili i one się poddały i wróciły do łóżka. Niestety jednak człowieku musiały gdzieś jechać a ja z nimi. No i przez ten deszcz jechaliśmy. No gdzie ja nie pojechałem. Wszędzie byłem chyba . Kupowaliśmy jakieś papiery, jakieś materiały. No mówię wam istny armagedon, czy coś. Jak wyściubiłem nos z auta to lało - ciągle lało. Ja osobiście mogę powiedzieć tylko tyle, że dobrze było by gdybym w ogóle nie wyszedł. Natura jednak mnie przekonała. Powiem wam, że cały dzień byliśmy z człowiekami na mieście. No i nawet fajnie było bo nie mokłem a byłem blisko nich. Wygrzewałem się w ciepełku. Gdy tak sobie drzemałem czekając na człowieków to jak nagle nie strzeli coś tak głośno, że aż mało nie posikałem się ze strachu. Po chwili okazało się, że w zasadzie to się nic nie stało i wróciłem do spania. Obudzili mnie człowieki i już jechaliśmy i okazało się, że jednak coś się stało. Pańcio na początku myślał, że ktoś sobie z nas zażartował i coś podłożył, ale po oględzinach okazało się, że to pękła sprężyna i to na trzy części. Jednym słowem LaBunia nas do domu nie zawiezie. Szybko człowieki zorganizowali transport do domu. Przyjechał opiekun Franka i zawiózł nas do domku, swoim wielki autkiem. Ja siedziałem z przodu i nie bardzo mi się to podobało. Zostawiliśmy LaBunię samą, w tym ciemnym i wielkim mieście - w Katowicach. Oby nic jej się nie stało. My wróciliśmy do domku, do kotów a w dniu następnym naprawimy LaBunię - taki był plan i nie mieliśmy robić tego sami.
pada!!

smuteczek za LaBunią

Czwartkowy poranek był bardzo smutny. W ogóle nie chciało mi się nic robić, bo nasza LaBunia stała gdzieś daleko od nas i taka trochę kulawa. Ciągle o niej myślałem, czy nic jej nie jest. Wszystkie spacerki były bardzo krótkie a ja w ogóle jeść nie chciałem jeść - to tak z tęsknoty. Ech taki ze mnie twardziel na zewnątrz a w głębi serca to jestem takim malutkim mięciutkim szczeniaczkiem. Do południa wszyscy byliśmy na czuwaniu i nie dało się wypocząć. Nagle telefon i Pańcio zszedł na dół i długo go nie było, ale z informacji od Pańci wynikało, że wszystko powoli, ale idzie do przodu.
ech nasze autko

W końcu domofon dał znać, że ktoś otwiera drzwi wejściowe do klatki schodowej i po chwili był na górze. Od razu popędziłem się dopytać co i jak . Tajemniczo nic nie mówił, ale się uśmiechał. Czułem, że jest dobrze a na wieczornym spacerku widziałem LaBunię u nas na parkingu i od razu mi się humor poprawił. Mogłem szczęśliwy iść spać. Tylko te koty w nocy musiały buszować i trochę jakoś tak mi przeszkadzały w relaksowaniu się. No kto to widział. Cały dzień w stresie i jeszcze na koniec te koty, zwane przez Pańcia kotłami.
kotły idźcie spać!

Piątek był dniem bardzo aktywnym. Rano pojechaliśmy do Gliwic i zabierająć Pana z Fajką przeszliśmy się po okolicznych jeziorkach. Liczyliśmy na spotkanie Łabędzi i one były, ale niestety zawsze jakoś tak daleko od nas. Pewnie przeszkadzały im jacyś tam Panowie co sprzątali wodę. Pomyślicie sobie  - jak można sprzątać wodę. Otóż wybierali z niej jakieś trawska i glony czy coś. No w każdym razie nie było to zbyt apetyczne. My tak sobie chodziliśmy i krążyliśmy po okolicy Nawet dreptaliśmy w pobliżu schroniska dla zwierząt w Gliwicach. Troszkę przespacerowałem się i powiem, że było warto. Zrelaksowałem się i wybiegałem na długiej smyczy. Cieszyłem się, że LaBunia jeździła całkiem sprawnie.
no poczekaj biegnę

eeeee a gdzie ta woda?

Nim wróciliśmy do domku to postanowiliśmy jeszcze odwiedzić mieszkanko z kafelkami. Tam oczywiście obowiązkowa przekąska. Było mi mało i jak zwykle swoim tęsknym wzrokiem prosiłem o więcej, że nie wspomnę o tym jak biegałem, gdy tylko, ktoś zbliżył się w pobliże lodówki. Jeśli chodzi o jedzenie to jestem bardzo, ale to bardzo czujny. No z pełnym a raczej lekko napełnionym brzuszkiem mogłem wrócić do domku. I iść spać, a przynajmniej tak mi się wydawało.
no podziel się

halo ja tu czekam na jedzenie

W domku sobie sporo pospałem. Zjadłem co nieco i nawet późnym popołudniu wyszedłem jeszcze na dłuższy spacerek. Oj na szczęście był on dłuższy tylko czasowo, bo chodziłem jedynie po okolicach. Z Pańciem się nigdzie nie śpieszyliśmy, tylko relaksowaliśmy i od czasu do czasu robiliśmy fotki. Słońce pięknie chowało się za horyzontem, a my po prostu cieszyliśmy się chwilą. W zasadzie to gdyby nie robiło się ciemno to bym nawet nie chciał wracać do domku - tam buszowały koty i robiły raban. Po co tam wracać jak tu taka cisza i taki spokój. No gdyby nie liczyć mijających nas pijaczków i tych kilku śmieci, które leżały na ziemi.
ale zostajemy do jutra

cisza i spokój

Tak jak powiedziałem buszujące koty. Wróciłem do domku a tam koty się ganiały i wszędzie było ich pełno. Naprawdę się nie dziwię, czemu Pańcio nazywa je kotłami. Fart właził na każdą możliwą półkę i nawet przepychał się między książkami. Fuksja to początkowo tylko oglądała, ale po chwili wszystko się skończyło upadkiem kilku książek i koty rozpoczęły swoje bieganie po całym domu. Syczały i skakały, a raczej to latały. No i jak w tych warunkach można spać? Chyba muszę sobie kupić zatyczki do uszu.
o tam sobie wejdę

paczajcie co ona tam robi?

no i jak tu spać?

Po takim ciężkim tygodniu, po takim pełnym wrażeń tygodniu naprawę sobotę to chciałem całą przespać. Spałem ile się tylko dało, ale od czasu do czasu spacerowaliśmy i nawet trochę jadłem. Nikt nie robił żadnych fotek. To był dzień tylko dla nas, a co? Człowieki porządkowali coś i sprzątali, przekładali i układali. No kto by tam chciał o czymś takim czytać i wiedzieć, lepiej było iść spać i czekać na niedzielę. Tą skoro świt spędziliśmy na Skałce. Zrobiliśmy malutkie zakupy, ale potem to już tylko spacerowanie. Zrobiliśmy dwa kółeczka wokół jeziorka i nie ma to tamto - zrobiłem małe zamieszanie wśród licznych wędkarzy. Może jakieś zawody były, albo coś bo jak piłem wodę to najbliżsi wędkarze patrzyli na mnie jak na jakiegoś zbrodniarza. Byli oddaleni o dobre kilkadziesiąt metrów, ale i tak wyraźnie widziałem ich miny i złość. Postanowiliśmy się ewakuować do domku. Tam trwało przymierzanie dawno zwiniętego dywanu w najmniejszym pokoju, ale w gruncie rzeczy spodobał się on tylko Fartowi. Reszta rodziny uznała, że lepiej nie kłaść go w ogóle. No nic niedziela nie była za ciekawa, ale to dobrze, bo wrażeń z całego tygodnia starczyło by na cały rok. Do ugryzienia!
lepiej odejdźmy od wody

ale super dywan - powiedział tylko Fart

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz