niedziela, 4 czerwca 2017

To jest maj

W poniedziałek bardzo długo wstawaliśmy. W zasadzie nie było po co wstawać. Już od dłuższego czasu było jasno, ale każde udawało, że śpi i czekało na ruch pozostałych. Nikt nie chciał zacząć, ale w końcu człowieki wstały i my za nimi. Najbardziej ociągały się koty a zwłaszcza Fart. Wszyscy się już kręciliśmy po mieszkanku a Fart dopiero przeciągał się w łóżku i zastanawiał nad postawieniem pierwszego korku.
ja nie wstaję


No, ale jak już się ruszyliśmy to z kopyta. Po opanowaniu wszystkiego w domku udaliśmy się na malutkie zakupy a potem na wybieg dla psów Józefowiec. Po szybkim odświeżającym zapoznaniu się z regulaminem parku ruszyliśmy eksplorować piaszczyste połacie wybiegu. Myślę sobie, że łatwiej by było, gdybym umiał czytać to wiedział bym jak się zachowywać, a tak idę na żywioł
a co może być zaskakującego w regulaminie parku

Po małym obwąchaniu wszystkiego, po zapoznaniu się z lokalnymi plotkami i newsami postanowiłem z Pańciem pokazać, że bassety też są doskonałymi sportowcami i nie ma dla nas rzeczy nie do zrobienia. Co prawda niektóre wymagają trochę więcej prób, ale koniec końców się udało. Oczywiście pomijałem te wszystkie mało ważne przeszkody jak slalom i tunel a skupiłem się na tych ekstremalnych. Te strom podejścia niemal niemożliwe do pokonania. Ja oczywiście dałem radę i Pańcio nie musiał mnie wyjątkowo mocno mnie namawiać. Z wielką radością hasałem po tym wszystkim. 


Do domku wróciłem wykończony i przespałem resztę dnia. No może z wyłączeniem jedzenia i małych spacerków. W końcu  po takim atletycznym wysiłku trzeba odpocząć.
Na szczęście Wtorek miał być spokojny i leniwy, ale było zdecydowani inaczej. Rano szybko ruszyliśmy w trasę. Zrobiliśmy jakieś zakupy z częściami do autka po drodze zabierając Pańcia z fajką. W drodze na spacerek odwiedziliśmy jeszcze jeden sklep. Pańcio sam wszedł do środka zostawiając nas na czatach. Na szczęście szybko się uwinął i już po chwili byliśmy na miejscu, w Parku. Znaczy pod Stadionem, ale to już tylko kilka kroków i byliśmy wśród drzew, traw i ptaszków. 
Pańcio zostawił nas na pastwę losu

Spacer po parku był wielką przyjemnością. Dreptaliśmy sobie spokojnie wsłuchując się w śpiewy ptaków. Chodziliśmy tak i spotkaliśmy trochę osób przechadzających się tak jak my. Były też pieski. Mimo wszystko jednak chodziliśmy niemal sami. Jakoś tak fajnie tam się chodziło. Nawet trochę pochodziłem w wodzie. Obserwowaliśmy gołębie, które pilnowały swojego gniazda, oglądaliśmy chore drzewa i dreptaliśmy po górkach. Niektóre drzewa miały takie piękne korzenie, że można było w nich się zgubić. Spacer miał 
no już idę

w wodzie

idziesz?

Szkoda było wracać do LaBuni, no ale jak mus to mus. Pogoda nam dopisała i szkoda była opuszczać ten park, ale zapewne jeszcze tu wrócimy. Tym czasem trzeba już wracać do domku i spać. 
Środa rozpoczęła się bardzo wcześnie. Pojechaliśmy skoro świt na badania. Pańcia musiała oddać krew - ostatnio jakoś tak cyklicznie tu jeździmy. Może sprawdzają co z tym zjedzonym bobaskiem? Może coś jej zaszkodziło. My z Pańciem czekaliśmy i zrobiliśmy małe zakupy jedzeniowe. Nie trwało to długo, ale to nie był czas powrotu do domku, to był czas aby pojechać do sklepu aby odebrać jakieś wielgachne pudła. Ledwo zmieściły się do LaBuni. Już się nawet bałem, że Pańcia będzie musiała wracać na piechotę, albo co gorsza Pańcio. No ale zapomniałem, że nasza LaBunia mimo iż czasem kapryśna to jest niezwykle pojemna. No dobra drzwi od stodoły to tam nie zmieścimy, ale stodołę pewnie byśmy zmieścili, co prawda taką po pożarze i huraganie, ale jednak.
no i gdzie ta Pańcia?

W domu, ledwo co daliśmy radę wnieść te kartony. No dobra Pańcio je wniósł na dwa rodziny, ale reszta go mocno dopingowała. Nim kartony zostały otwarte to koty urządziły sobie na nich gonitwy. I co rusz zaglądały do nich i próbowały wypatrzeć co jest w środku. Musieliśmy jednak bardzo długo czekać a ciekawość nasz wszystkich zżerała. Najpierw jednak musieliśmy posprzątać. Człowiek jednak bardzo się guzdrał, więc wszyscy poszliśmy spać. Dopiero gdy już było wszystko niemal gotowe to koty wspólnie ułożyły się na swoim jeżdżącym legowisku. Nie trwało to za długo, ale udało się to zarejestrować. Pewnie były w szoku, że w pokoju może być tak mały bałagan.

pudła zdobyte

no weź możemy razem

no dobra, ale tylko chwilkę

Okazało się, że w pudłach był jakiś wielki pojazd - niesamobieżny. Napęd był człowieczy i miał dwie opcje. Powiem szczerze, że trochę wysoki jak na pojazd dla starszego basseta. Ech tylko zastanawiałem się czemu człowieki mi już to kupili? Ja nie jestem jakoś stary i nawet jeszcze całkiem nieźle się ruszam. Popołudniu udaliśmy się na malutki spacerek po okolicy. Taki przegląd okolicy i tyle. Powiem szczerze, że nic się nie zmieniło więc  nie ma o czym opowiadać.
na "mieście"

Czwartek zaczęliśmy z przytupem, od spaceru po okolicznych łąkach. Nie było ani długo ani daleko a i tak było fajnie. Zielono i bardzo przyjemnie a i pogoda nie była jakaś nachalna. Taka neutralna i spokojna. Chodziło się przyjemnie, ale czułem, że chcę czegoś więcej. Taki rozmarzony trochę byłem i zamyślony. Może to głód a może to chęć spania, albo po prostu myślałem sobie jak to było by fajnie gdybyśmy mieli jeszcze jednego basseta, lub bassetkę. 
tu nie ma drugiego basseta

i tutaj też nie ma

smutek wielki smutek

Po powrocie do domku i po odpoczynku. znowu musiałem się zebrać. Znowu musiałem ruszyć w drogę. Tym razem zawieźliśmy Pańcię i opiekunkę Freda do sklepu a z Pańciem poszliśmy do parku. Bez sensu było czekać na parkingu. Lepiej było pospacerować po pobliskim parku.Park Szwajcaria w słońcu prezentował się nad wyraz korzystnie. Nie było wielu ludzi wiec spacerowało się bardzo przyjemnie. To wszystko pewnie przez niemały żar z nieba. Spacerując między kwiatkami bardzo się cieszyłem, że nie muszę nosić ubrań bo przy obecnej pogodzie to chyba bym zwariował. Raz zimno raz ciepło i odwrotnie. Czasami zdaje mi się, że pogoda zmienia się diametralnie co pięć minut. Jenak ta godzinka, no może trochę więcej spędzone w parku dało mi sporo energii. Miałem chwilę aby poszaleć, aby powygłupiać się. Dobre chwile jednak szybko się kończą i wróciliśmy pod sklep i po chwili zapakowaliśmy zakupy. Odwieźliśmy człowieki i do domku. Spać.
raz zimno, raz ciepło

ale zielono

ale jak to nie mogę się wygłupiać?

to patrz?

Piątek rozpoczął się od spaceru w pobliżu stawu Starganiec. Zatrzymaliśmy się po przeciwnej stronie ulicy. Tam szybciutko wygramoliłem się z LaBuni i szybciutko ruszyłem w las. Kręciliśmy się po cienkich ścieżkach, które od czasu do czasu się kończyły nagle wielką gęstwiną. Szukaliśmy alternatywnych tras aż w końcu daliśmy sobie spokój i po krótkim odpoczynku i chwili spędzonej na zdjęciach wróciliśmy na szeroką i otwartą drogę leśną. Nawet mijał nas tam samochód z leśniczym w środku. Tam mogłem sobie pobiegać i poszaleć, czyli robić dokładnie to do czego byłem stworzony. Patyczek i smycz gryzłem z równie wielką zaciętością. Pogoda była zgoła odmienna niż dzień wcześniej. Kto by pomyślał. Kilkanaście godzin a pogoda odwraca się o 180 stopni, Co ja tam gadam, o co najmniej 360 stopni. Szaleństwo. Powrót do domku był spokojny, ale w domku nie było spokojnie.
tam raczej nie idziemy!

obraziłem się na ciebie, bo nie wiesz gdzie idziemy

masz jakiś plan?

no dobra ja decyduje!

no weź już wracajmy




Sobotni poranek spędziliśmy na zwiedzaniu Rudy Śląskiej. Udaliśmy się na szczere pole, które było pełne atrakcji. Na jego środku znajdował się wielki bunkier. Stary, już dawno nie używany bunkier robił wielkie wrażenie. To kolejny który spotkałem w trakcie swoich spacerów. No dobra nie spotkałem a natrafiłem na kolejny. Ciekawe, czy kiedyś będę w stanie znaleźć wszystkie w okolicy. Ech pewnie życia mi braknie. No w każdym razie wdrapaliśmy się na bunkier i chwilę na nim posiedzieliśmy i podziwialiśmy okolicę. Wypatrzyliśmy spacerującego psiaka, więc szybko zdrapaliśmy się z dachu tej potężnej budowli i ruszyliśmy na przywitanie z psiakiem. Niestety piękna buldożka nie chciała nawet mnie widzieć. Więc trochę się jeszcze pokręciliśmy po okolicy i wróciliśmy do LaBuni i do domku.
mnie tu nie ma

Tam w trakcie sprzątania i porządków (kolejnych w tym tygodniu) koty utonęły w papierach i w końcu musiały uciąć sobie drzemkę. Na szczęście mieszkanko było czyste i za to należała nam się nagroda. 
a mam dość

czas spać!

Tak więc Pańcio zniknął na dłuższą chwilę i wrócił z pachnącą torbą. Te zapachy pochodziły z frytek i hamburgerów. Szkoda, że z nim nie pojechałem, bo pewnie bym sobie coś zjadł po drodze. Tak pozostały mi tylko resztki, które człowieki oczywiście dla mnie zostawili. Naprawdę było pyszne i była to miła odmiana od kartofli, makaronu i ryżu, czy jakiś innych zdrowych świństw, którymi człowieki ostatnio się faszerują. Następnym razem z człowiekiem po żarełko do Papu Burger.
a gdzie moja porcja

Na szczęście niedziela była spokojnym dniem tygodnia. Byłe spokojne spacerki po najbliższej okolicy. Korzystając z popołudniowego słońca spędziliśmy dłuższą chwilkę w pobliskim lasku. Fajnie się dreptało. Nigdzie się nie śpieszyliśmy. Ja prowadziłem i nadawałem tempo naszej wyprawie. Było tak jak chciałem i to mimo krótkiej smyczy. Pańcio szedł za mną cierpliwie i to w największe krzaki. Taki dzień przyda się każdemu aby odetchnąć i odpocząć od tego wszystkiego od pośpiechu. Do ugryzienia!
ale ja będę prowadził?

no nie pędź tak

no i czemu tak biegniesz? Jak mam nadążyć?

a tu jak mam przejść?

dobra wracajmy co?

czy mam coś na nosie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz