piątek, 28 kwietnia 2017

W górę potok

W sobotę z samego rana, czyli zaraz po wyspaniu się i śniadanku ruszyliśmy w drogę. LaBunia szybciutko i sprawnie odpaliła i bez najmniejszych przeszkód wiozła nas. Nie daleko - do Gliwic pojechaliśmy, ale byliśmy tam tylko na chwilkę. Zabraliśmy gospodarza z fajką i ruszyliśmy, bardzo bardzo daleko. Bardzo się niecierpliwiłem aby w końcu wyskoczyć z LaBuni i pospacerować. Jechaliśmy długo, ale w końcu zwolniliśmy i parkowaliśmy. Już szczekałem widząc tyle psiaków i tylu człowieków. Do czasu otwarcia drzwi byłem mega odważny, jednak umilkłem, gdy tylko poczułem delikatny wiaterek i mogłem już wyskoczyć. Przywitałem się z najbliższymi i po chwili już wiedziałem, że jesteśmy w tym samym miejscu co na poprzednim spacerku W górę bulle.
Nim się zorientowałem a już byłem po drugiej stronie ulicy i o dziwo wędrowałem. Oczywiście wszyscy nas wyprzedzali, ale nie dlatego, że nie miałem siły. Po prostu musiałem wszystko obwąchać i ze wszystkim się zapoznać. Trasa naszego spaceru wiodła tą samą trasą co zeszłoroczny spacer z bullami. 
wędrujemy
Spacerek mimo iż męczący był wielce przyjemny. Było dość ciepło i świeciło słoneczko. Można było odetchnąć i po prostu cieszyć się przyrodą.  Wszystkie pieski ładnie szły przed nami i w zasadzie co raz dalej. Tak ciągnęliśmy się w ogonie - jak zwykle. W końcu dotarliśmy na wielka polanę, gdzie każdy siadł, gdzie tyko się dało. Oczywiście każdy szukał najmniejszego skrawka cienia. Schowaliśmy się i my gdzieś pod drzewkami i wypoczywaliśmy. Około 1/3 spaceru była już za nami. W między czasie odbyło się losowanie upominków. Niestety my nic nie wygraliśmy - może następnym razem. Przekąsiliśmy przekąski, trochę się napiłem i ruszyliśmy dalej.
a czyje to gniazdko?

uf jak gorąco

na czatach

Kolejna część spaceru to było wdrapywanie się na góreczki i schodzenie z nich. My początkowo byliśmy trochę z przodu, ale im dłużej dreptaliśmy tym ja bardziej byłem z tyłu. Ja to wszystko musiałem obwąchać i co najważniejsze musiałem bawić się z tymi co za mną. Byłem na spacerze z bullami i to bardzo groźnie wyglądające pieski, ale jakoś tak wszystkie się mnie bały, bo przecież jestem najgroźniejszym psiakiem na świecie - Pańcio mówi na mnie pit bull hound. No i tak nam ten spacerek szedł i w końcu dotarliśmy w pobliże zabudowań. Zasiedliśmy u kogoś na polu i znowu odpoczywaliśmy. Tym razem cienia nie było w ogóle, ale przecież od czego są człowieki.
no ale porządnie mnie tu zacieniaj!

Po tym odpoczynku już byliśmy bliżej niż dalej mety. Więc można powiedzieć, że było z górki, choć w rzeczywistość od czasu do czasu się musiałem wdrapywać pod dość strome górki. Po minięciu zabudowań znowu wkroczyliśmy w dziki las, ale jak się okazało ten las trochę się przerzedził. Na naszej drodze po wielu drzewach pozostały jedynie krótkie pieński. Musiało się to stać całkiem niedawno, bo co chwilę mijały nas leciwe traktory z przyczepkami wypełnionymi niewielkimi gałązkami. Po krótkim postoju w końcu dotarliśmy pod wielkie skały, gdzie był ostatni odpoczynek i czas na grupowe zdjęcie. To ostatnie trochę bardzo przegapiłem, bo wolałem sobie poleżeć. 
podziwiam skały

Ten odpoczynek świadczył tylko o jednym, że powolutku zbliżamy się do końca tego spaceru. Już widziałem oczami wyobraźni jak leżę w LaBuni i sobie smacznie śpię. No ale przed nami jeszcze kilka kilometrów spacerowania. Na szczęście w większości ta część trasy była z górki. Po drodze minęliśmy stawy, wokół którego było pełno żabek. Te małe żyjątka skakały między psiakami i było ich całkiem sporo. Czasami miałem wrażenie, że jest ich więcej niż psiaków na spacerku. Tych ostatnich było coś około 60. Tak byłem zaaferowany tymi żabami, że przeoczyłem wielkie skały, które koniecznie chciałem zobaczyć. Na szczęście nie zapomniałem wskoczyć do jeziorka aby co nieco się napić i trochę ochłodzić. Po tej chwili relaksu niemal od razu przeskoczyliśmy na drugą stronę bardzo ruchliwej drogi i już byliśmy prawie u celu.
o tak chwila ochłody

W końcu dotarliśmy do parkingu. Malownicza drogą prowadząca na miejsce postoju LaBuni skończyła się dość szybko. Miałem mieszane uczucia wsiadając do LaBuni. Z jednej strony byłem zmęczony i chciałem spać, ale z drugiej to miałem ochotę jeszcze pospacerować. Taka piękna pogoda i tak piękna okolica. No i los zdecydował za mnie. Napiłem się wody i pożegnałem się ze wszystkimi i w te pędy pojechaliśmy do domku. Po drodze jeszcze w Gliwicach załatwiliśmy co nieco. Najpierw odwieźliśmy naszego towarzysza spaceru a potem odebraliśmy coś bardzo ważnego w centrum. W końcu wróciłem do domku i byłem wykończony. Szybko tylko streściłem spacer reszcie czworonożnej rodziny i poszedłem spać. Ten dzień był piękny i pięknie się skończył. Do ugryzienia!
no co ty nie powiesz - żaby?!

dobranoc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz