czwartek, 18 maja 2017

w kratkę

W poniedziałek z samego rana pojawiliśmy się u mojego weta, aby dostać swoje szczepienia. Oczywiście mimo starań i wczesnego wstania i tak musieliśmy chwilę poczekać, nawet dłuższą chwilę. No cóż poradzić, przecież szczepienie mieć trzeba. Najpierw szczepiliśmy się przeciw chorobom zakaźnym. Poszło szybko i sprawnie. Temperatura idealna, osłuch bez zarzutu a na sam koniec ogólne oględziny były w porządku. Zastrzyku nawet nie poczułem, ale byłem bardzo ciekawski wszystkiego co się dzieje. Po wszystkim zeskoczyłem ze stołu i ciepło się pożegnałem. No i wróciłem do LaBuni i do autka.
zaraz będę szczepiony
We wtorek o świcie, raczej o późnym świcie, czyli przed jedenastą udaliśmy się do Parku Kościuszki. Trochę trzeba było jechać, ale nie ma to tamto i bez problemu dojechaliśmy. LaBunia jak zwykle dała radę. Zaparkowaliśmy jak zwykle w naszym miejscu. Mniej więcej w połowie wysokości parku mamy swoje miejsce, tuż przy wyjeździe technicznym z parku. Od razu wyskoczyłem z auta, znaczy się zaraz po tym jak zostałem zapięty w długą rozwijaną smycz. Spacer po parku to jak zwykle niezła frajda. Rude wariatki co chwile skakały niedaleko nas lub po prostu przechadzały się tuż przed nami. Ja oczywiście nie zwracałem na nie uwagi, takiej wzrokowej, bo ich zapach i pozostawiony trop bardzo mnie intrygował i mój nos dokładnie wiedział, gdzie chodziły i za nosem podążałem ja. Każdy trop niestety kończył się na drzewie. Kurde, kiedyś muszę poćwiczyć wdrapywanie się na te drzewa, bo tam chyba wiele ciekawych rzeczy się dzieje. Tym czasem wędrowałem po ziemi i wąchałem kwiatki na szczęście z góry.
wącham

Po drodze oczywiście zawitaliśmy do oczka wodnego. Trochę pogoniłem kaczuszki i musiały mnie obserwować z drugiego brzegu. Sprawiały wrażenie, że boją się o swoje oczko wodne. Mimo moich największych chęci to poziom wody nawet nie opadł o milimetr. Opity jak bąk mogłem ruszyć dalej, dużo dalej, a przede mną była jeszcze daleka droga.
piję

Powoli zawracaliśmy w stronę LaBuni, ale po drodze jeszcze zrobiliśmy sobie malutką przerwę aby klapnąć na ławeczce. Odpoczynek długi nie był, ale jednak. Wdrapywanie się pod wielką górkę zawsze kończy się tym, że trzeba z niej zejść. Tym razem było o wiele łatwiej a przynajmniej weselej, bo schodziliśmy schodami. W trakcie tej wędrówki naszą drogę przecięła ruda wariatka. Przeleciała ze dwa metry ode mnie i nawet na mnie nie zwróciła uwagi. Zauważyła nas dopiero jak wdrapała się na pobliskie drzewko. I tak na siebie patrzyliśmy przez dłuższą chwilkę. W końcu przyszedł czas by się pożegnać  z tym pięknym parkiem. Małe pozowanie i wskakujemy dla LaBuni i do domku - odpoczywać.
no chwila relaksu

teeee patrz wiewiórka!

czy ja tam widzę ptaszki?

to co spadamy?

W domku do wieczora było spokojnie a nawet kociaki się ładnie ze sobą bawiły. Ech one są takie pocieszne i mogę je obserwować całymi dniami. Zwłaszcza przed snem jest fajnie, kiedy oko się już przymyka a te tak rozkosznie biegają we wszystkie stronę nawołując się z miłością. 

kocie zabawy

We środę z człowiekami się gdzieś wybrałem, ale w zasadzie to byłem tylko od pilnowania LaBuni. w zasadzie cały dzień był taki byle jaki i nic a nic mi się nie chciało. Największym wydarzeniem dnia było właśnie to wyjście z człowiekami, a przede wszystkim z Pańcią. Oczywiście bez niej wyjść nie mogłem i udało mi się zejść bez niej tylko na półpiętro. Potem czekałem aż w końcu zamknie drzwi i przepuściłem ją przodem i mogliśmy jechać.
stop - czekamy na pańcię

Kolejnego dnia o poranku pojechaliśmy na północną część Świętochłowic. Chwilę pokręciliśmy się w LaBuni, ale w końcu zatrzymaliśmy się pod pomnikiem i wyszliśmy podreptać. No ale, aż się nie chciało chodzić. Śnieg padał i wszystko wyglądało jakby zima miała wrócić do nas na dobre. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłem czyj to pomnik oglądałem. Aż szkoda gadać, po załatwieniu wszystkich spraw fizjologicznych i posprzątaniu ruszyliśmy do domku, gdzie czekaliśmy na paczkę, kocią paczkę.
śnieg?

W domku po powrocie położyłem się spać, ale nie na długo. Oznajmiłem wszystkim na około, że właśnie zadzwonił domofon. Głośno szczekałem a człowieki mnie uspokajali. Ja jednak wiedziałem, że to przyszła kocia paczka. Kocie jedzenie. Wielkie pudło weszło prawie samo do domku i po chwili zostało otwarte i okazało się, że w paczce naprawdę były tylko kocie fanty. Skandal. A moje jedzonko też już jest na rezerwie i gdyby nie oddawanie krwi to nie miałbym co jeść.
koty zawsze mają wszystko

W Piątek na porannym spacerku po śniegu nie było ani śladu. Może jednak ta zima postanowiła nie wracać i wiosna mimo swej kruchości i delikatności wygrała z tym wielkim mrozem i zimą. My korzystając z braku śniegu zawędrowaliśmy na Skałkę. Zrobiliśmy jedno kółeczko wokół jeziorka przy okazji obserwując powoli zlatujące się ptactwo i co jakiś czas popijając wodę. Tylko ci wędkarze dziwnie na mnie patrzyli. Pobiegałem trochę po kałużach, czym trochę podenerwowałem Pańcia. A co za to, że nie kupił mi jedzonka należy mu się kara.
czy tam z daleka to piesek?

jestem w kałuży i co mi zrobisz?

W domku czekało na mnie niemałe zaskoczenie. W przedpokoju stało wielkie pudło a po chwili okazało się, że w nim jest moje jedzonko. Trochę inne niż zwykle, ale sprawia wrażenie, że dobre. Wkrótce się przekonam. 

trochę ci wybaczam!

Sobota bardzo nagle przyszła i jakoś w ogóle nie chciała się rozpocząć. Koty się obudziły i ganiały, czym obudziły mnie. Pańcia też już czytała książkę, ale Pańcio ciągle chrapał. On to jest taki wielki śpioch, że chyba nawet ja z nim przegrywam. Trochę musiałem się nagadać, aby w końcu wstał przygotował śniadanko i poszedł ze mną na spacerek. No kto to widział aby się tak znęcać nad biednym psiakiem i kazać mu się tak powstrzymywać.
wstajesz?

haaaaaaallllllllllllooooooooooo

Poranny spacerek był bardzo szybki i tylko blisko naszego domostwa. Raz dwa i wracałem do domku. Po pierwsze aby zjeść a po drugie by zebrać się na spacer po Żabich Dołach.
dobra zrobiłem wszystko, możemy wracać

Na Żabie Doły dotarliśmy koło południa i tym razem postanowiliśmy zwiedzić ich bardziej ucywilizowane okolice. Dwa jeziorka, mostek i jakieś dziwne budyneczki.  Parę razy okrążyliśmy te zbiorniczki wodne. Trochę poganiałem kaczki, ale tylko tak trochę. Nawet się napiłem. Jakby tego było mało to podziwiałem zakochanych a także spacerujących ludzi. Mieliśmy czas na wąchanie, na tropienie i na bieganie. Nawet od czasu do czasu trochę sobie pozowałem do zdjęć. Było fajnie i bardzo przyjemnie. Słoneczko naprawdę poprawiało wszystkim humory. Taki to mamy tu klimat. W ciągu kilku dni śnieg, deszcz i słońce. Raz w kurtce raz w koszulce. Cały spacerek szukałem sobie fajnego patyczka i jak na złość znalazłem go dy kierowaliśmy się do autka i do domku. No kto to widział, żeby mieć takiego pecha.
no już idę 

łyczek wody

czy tam szedł pies?

mam świetny patyczek

taki smaczny

ale jak to wracamy? Bez patyczka?


W zasadzie to szkoda było wracać do domku, bo chodzić to można było całymi godzinami. Niestety jednak skończyło się to dobre. Trzeba było wrócić i posprzątać mieszkanko i trochę zadbać o naszą kochaną Pańcię kanibalkę. Koniec końców ten dzień był bardzo fajny i bardzo spokojny i skończył się tak szybko jak się zaczął.
Ostatni dzień tygodnia  był taki jak być powinien. Czyli leniwy. Doskonale świętowaliśmy ten dzionek. Ograniczyliśmy się tylko do spacerów fizjologicznych i to wszystko. Cały czas szukaliśmy najlepszego miejsca na spanie. Ja to oczywiście w swoim legowisku, ale koty to przechodziły same siebie. Ich się dobudzić nie dało. Otwierały oczy tylko, gdy słyszały jedzonko lub gdy chciały się przenieść w nowe miejsce. Taka niedziela jest idealna. Do ugryzienia!

spać i mieć pod sobą cały świat

nie budzić

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz